Z ZAUŁKA WSPOMNIEŃ

z_zaulka_wspominien-okladka

W dniu 29 kwiwtnia, popołudniu, w auli Akademii Marynarki Wojennej im. Prof. Zdzisława ŁASKIEGO, miało miejsce uroczyste wodowanie książki prof. Kapitana żeglugi wielkiej Aleksandra WALCZAKA p.t. „Z ZAUŁKA WSPOMNIEŃ”.
Ludzie Morza, których wielu wychował znają autora i wspominają go z sentymentem, był też i moim wykładowcom, którego miło wspominam. Dla porządku przypomnę tutaj jego niebanalne dokonania. Prof. Dr kpt. ż.w. Aleksander WALCZAK jest jednym z najwybitniejszych wychowawców kilku pokoleń polskich nawigatorów, kapitanów, ludzi związanych z morzem. Jemu, w dużej mierze, zawdzięczamy kształt dzisiejszy edukacji morskiej. Profesor Aleksander Walczak urodził się w Grajewie w roku 1930. Jego droga na morze prowadziła przez Szkołę Marynarki Wojennej (Wydział Nawigacyjny) i Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Sopocie. Doktoryzował się na Politechnice Szczecińskiej w roku 1971. Był inicjatorem połączenia szkół morskich i utworzenia Wyższej Szkoły Morskiej. Był najpierw dziekanem, prorektorem i w końcu rektorem WSM w Szczecinie. Bierze czynny udział w tworzeniu międzynarodowego morskiego prawa, jako Przedstawiciel Polski w IMO i szef Polskiej Misji Morskiej przy ambasadzie w Londynie. Profesor, kapitan Aleksander Walczak bardzo wiele publikuje – 35 książek i skryptów i ponad 250 różnych artykułów w periodykach fachowych i prasie morskiej. Zajmował się sprawami edukacji morskiej kompleksowo: opracowywał programy nauczania tak dla uczelni jak mi dla kursantów na kursach kwalifikacyjnych dla oficerów rybołówstwa i floty transportowej. Jego oczkiem w głowie jest bezpieczeństwo żeglugi i nadal prowadzi w tym kierunku zajęcia. Jest przykładem wspaniałego popularyzatora morza, kultury morskiej i tradycji z nim związanych. Jestem dumny, że w swej edukacji morskiej miałem styczność z tak wybitnym człowiekiem morza, który w znaczący sposób wpłynął i na moje morskie Zycie.
Profesor, kapitan Aleksander WALCZAK za dokonania, swą działalność i pracę był wielokrotnie wyróżniany, nagradzany i odznaczany, m.in.: Krzyżem Komandorskim i Kawalerskim Orderem Odrodzenia Polski. W 2013 otrzymał od Akademii Morskiej w Szczecinie nagrodę honorową „Wilka Morskiego” za całokształt działalności na rzecz gospodarki morskiej.
Uroczyste wodowanie książki było też znakomitym pretekstem do wspomnień wychowanków Kapitana Aleksandra Walczaka, który o powstaniu książki powiedział:

„Inspiratorką książki była moja córka Ola, Chciała poznać życie ojca. A to już 68 lat, kiedy włożyłem granatowy mundur. I do dzisiaj go noszę.”

Matką chrzestną książki została małżonka prof. Walczaka – prof. Maria Czerepaniak-Walczak.

WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI

Odkłamywanie Władysława Bartoszewskiego
Autor: Zawisza (zredagowany przez: Michał Antosiewicz)
Słowa kluczowe: Bartoszewski, PiS
2015-04-28 11:45:29

Śmierć człowieka w naszej kulturze, to czas zadumy nad jego dokonaniami, w zadumie tej powinniśmy jednak zachować maksymalną bezstronność, bo oceniany nie ma już możliwości się bronić, zaś kultura nasza wymaga szacunku dla bólu rodziny.
Poważna choroba w dzieciństwie i późniejsza walka rodziców, bym mógł normalnie funkcjonować w życiu dorosłym kosztowała mnie w tymże dzieciństwie wiele upokorzeń. Wtedy, gdy dla rówieśników najważniejszym była sprawność fizyczna, ja walczyłem o to, by nie być w grupie ostatnim. To jednak doświadczenie dało mi cenną cechę. Nigdy nie wierzę „stadu”. „Nigdy nie wierzę tzw. opinii publicznej”. No a politykom, to chyba już nikt myślący nie wierzy.
Kiedyś Kurski powiedział, „naród głupi wszystko kupi” i jest to prawda. Tzw. opinia publiczna powiela jako prawdę wiele kłamstw lub niedomówień. PiS wręcz traktuje kłamstwo jako metodę uprawiania polityki. Zresztą PO niewiele od tego odstaje. By nie być jednostronnym wspomnę o luksusowej willi na Żoliborzu Oficerskim w Warszawie, którą to miał Rajmund Kaczyński otrzymać od władz PRL za specjalne usługi. No cóż, Rajmund Kaczyński był rzeczywiście zaufanym inżynierem władz PRL, ale z w miarę zaufanych źródeł wiem, że Rajmund Kaczyński otrzymał przydział zamieszkania w części zrujnowanej willi, którą odbudował a później odkupił od jej właścicieli. Czy tak było? Aktu notarialnego nie widziałem, ale jest to dość prawdopodobne.
Podobnie jest z Władysławem Bartoszewskim. Należy przyznać, że miłośnikiem Kaczyńskich to on nie był. Ale czy miłość do Kaczyńskich i tworzonych przez nich partii jest wyznacznikiem „patriotyzmu”? Władysław Bartoszewski wielokrotnie w mocnych słowach się o nich wypowiadał. Wielokrotnie się przekonałem, że Kaczyńskim i członkom PiS z prawdą po drodze nie było, więc postanowiłem sięgnąć po rzeczywiste cytaty i fakty z życia Władysława Bartoszewskiego by porównać je z krążącą „wiedzą publiczną” a także ocenić je możliwie sprawiedliwie.

Chyba, najczęściej powtarzanym kłamstwem o Władysławie Bartoszewskim jest to, że nazwał Polaków „bydłem”.
Sięgnijmy po cytat. „Są sytuacje, w których milczeć po prostu nie wolno. W kraju za rządów braci Kaczyńskich działo się coraz gorzej. Koszmarna koalicja Prawa i Sprawiedliwości z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin przynosiła skandal za skandalem. Polityczne wiarołomstwo stało się normą. Kolejne obietnice wyborcze Jarosława Kaczyńskiego rozwiewały się w pył. Stało się dla mnie jasne, że jego wizja budowy lepszej Polski, której zaufały miliony Polaków, okazała się jednym wielkim oszustwem. Dlatego też postanowiłem nazwać rzeczy po imieniu i – jak ujął to jeden z przedwojennych satyryków – „przestać uważać bydło za niebydło”.”
Te słowa nie dotyczą Polaków, a dotyczą rządu Kaczyńskiego. Jak nazwać jedyny rząd, w którym „panie do towarzystwa” opłacano z kasy państwowej, obsadzając je na stanowiskach w spółkach skarbu państwa, choć ich kwalifikacje wystarczały co najwyżej do posprzątania po zebraniu? Rząd, który władzę sprzedał za dotacje do partii (słowa Romana Giertycha, skierowane do Kurskiego, którym nikt nie zaprzeczył). Sam fakt, że po upadku tego rządu naród przez 7 lat nie pozwolił powrócić do władzy chyba najbardziej dobitnie o tym świadczy. Zresztą, czy tylko Władysław Bartoszewski miał takie zdanie? Tadeusz Rydzyk określił, wielce szanowaną przeze mnie kobietę Marię Kaczyńską, „szambem nie perfumerią”. Jakoś „dwóch rycerzy” nie założyło zbroi i nie walczyło na śmierć i życie o dobre imię Pierwszej Damy. Wtedy położyli uszy po sobie. Choć innym razem wywołali „awanturę międzynarodową”, gdy drugorzędne pismo niemieckie nazwało ich „kartoflami”. Później wielokrotnie mogliśmy zobaczyć, że polityce Kaczyńskich daleko do standardów. Choćby płomienne mowy Jarosława o zamachu, gdy w jednym z czasopism dziennikarz wygłosił mało sprawdzone informacje, że na wraku samolotu wykryto substancje wysokoenergetyczne. Miał rację Władysław Bartoszewski, czy też nie?
Oczywiście kierownictwo PIS nie było Władysławowi Bartoszewskiemu dłużne. Złodziejka kilometrówek Krystyna Pawłowicz nie omieszkała odpowiedzieć mu na jego słowa „To pastuch słabej klasy. Niech się schowa i nas nie poucza.” No cóż, uczciwy pastuch, nawet słabej klasy może człowieka nieuczciwego pouczać.

Z Oświęcimia wychodziło się tylko przez komin?
Kolejna naciągana prawda. Niemcy to nie był naród idealny, gdzie prawo jest prawem, a szczególnie, gdy wojna wiele charakterów zniszczyła, niszczyli, kradli, zabijali, przyjmowali łapówki. Władysław Bartoszewski trafia do obozu z łapanki jako młody chłopak w czasie, organizacji tego obozu. Nie był to jeszcze obóz śmierci a obóz pracy. Tak naprawdę na niego Niemcy nie mieli jakiś silnych obciążających dowodów, które powodowałyby, że jego zniknięcie byłoby jakoś wyraźnie widoczne. Niemcy nie byli nieprzekupni. Wiemy, że wielu Polaków udawało się wykupić, różnymi metodami wyzwolić z Pawiaka, czy też innych obozów. Miał poparcie rodziny i PCK. Z drugiej strony czy stanowił dla Niemców tak bardzo wartościowy materiał, by akurat jego zapraszali do współpracy? Więc czy jego tłumaczenie nie jest prawdopodobne? Czy rodzina, działanie lekarza, którego sympatię zdobył nie mogły doprowadzić do uwolnienia?

Jak wiemy, z ostatnio prezentowanego na TV Focus programie o Sonderkommando, Niemcy nawet w czasie zacierania śladów zbrodni byli przekupni. Również Witold Pilecki mówił o tym, że jedną z wiadomości o obozie przekazał przez zwolnionego z niego człowieka, czy mógł być to zdrajca? Oczywiście jak doszło do zwolnienia Władysława Bartoszewskiego nie wiemy i nigdy nie ustalimy, ale ja nie znam dowodów na to, że Władysław Bartoszewski kogoś w późniejszym okresie zdradzał. Jedno jest pewne, możemy spokojnie obalić twierdzenie „Z Oświęcimia wychodziło się tylko przez komin”, były przypadki, że jednak nie.
Noszowy, czy też nie.
Kolejną pseudo prawdą rozgłaszaną przez ludzi przeciwnych Władysławowi Bartoszewskiemu było to, że w czasie powstania warszawskiego był on tylko noszowym. To takie „radio Erewań” Noszowym Władysław Bartoszewski rzeczywiście był, ale nie w czasie powstania a jako niespełna 17 letni chłopak w czasie obrony Warszawy. W czasie powstania był on adiutantem dowódcy placówki informacyjno-radiowej „Asma”. Dla porównania w czasie otwarcia Muzeum Powstania Warszawskiego jako sanitariuszka przedstawiana była matka braci Kaczyńskich. Choć wiadomo i to z ust jej przyjaciółki, czas powstania spędziła w Świętokrzyskim.
Największy problem Polski
Czy nie zgodzimy się z tymi słowami Władysława Bartoszewskiego „Największym problemem Polski jest zły stosunek do samego siebie: podejrzliwość, kłótliwość, swarliwość, nienawiść, kompleksy, brak pewności siebie i negatywny stosunek do własnej historii, i aby jeden drugiemu mógł dojechać dobrze, gotów jest przy okazji popełnić samobójstwo.” Ja osobiście się pod tym podpiszę. Jak wielu twierdzi, Polska powstała w roku 966, a wcześniej to w zasadzie nasi przodkowie bezmyślnie łazili po lasach nie wiedząc co z sobą zrobić, póki nie spłynęła na nich „wielka cywilizacja”. Jak wielu twierdzi, że całą kulturę otrzymaliśmy z zachodu?
Z pewnością naszą szeroko pojętą kulturę kształtowały kontakty z różnymi innymi kulturami, z którymi mieliśmy kontakt na przełomie dziejów. Tyle, że tak naprawdę to korzystaliśmy zarówno z kultury katolicyzmu (Rzym), jak i prawosławia wyrosłego na kulturze Bizancjum a także z kultury Islamu, ale również najazdów ludów stepowych. Przykładowo, kiszonki czyli ogórki, kapustę kiszoną zawdzięczamy najazdom Mongołów. Ale czy przez to nasza kultura jest w czymś gorszą? Przedchrześcijańską wiarę ojców spotykamy w jakże wielu obchodzonych przez nas dziś świętach „chrześcijańskich”. Czy też pogardzana nasza kultura „podłe pogaństwo” nie okazało się mocniejsze, gdy dziś przygotowujemy kolację zmarłym (Wigilię), świętujemy „Śmigus dyngus”, święto Jare i wiele innych?
Chyba trzeba być ślepym, by w pogardzie dla naszej kultury, wojnach polsko – polskich, negacjach wszelkich badań w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem, nie potwierdzających „jedynej prawdziwej, choć dawno obalonej wybuchowej teorii Macierewicza”, nie widzieć takich cech jak „podejrzliwość, kłótliwość, swarliwość, nienawiść, kompleksy, brak pewności siebie i negatywny stosunek do własnej historii”?
Największe oskarżenie Władysława Bartoszewskiego
Na pytanie dziennikarza „Die welt” „Był pan w ruchu oporu i pomagał Żydom. Miał pan wtedy sąsiadów, których się obawiał? – odpowiedział „Mieszkałem w domu pełnym inteligencji przy ul. Mickiewicza 37, na II piętrze. Ale jeśli ktoś się bał, to nie Niemców. Jeżeli niemiecki oficer zobaczył mnie na ulicy i nie otrzymał rozkazu aresztowania mnie, nie miałem się czego bać. Ale gdy polski sąsiad, który zauważył, że kupiłem więcej chleba, niż zwykle – musiałem się bać.”
Możliwe, że nie była to odpowiedź „polityczna” jaką udziela minister w rządzie Polski, ale patrząc duchem prawdy. Każdy z nas wie, że dobry sąsiad jest lepszy on najlepszego alarmu. Czy nie było wśród Polaków folksdojczy, czy nie było zdrajców, gotowych zdradzić za obietnicę lepszego życia? Każdy z przeciwników Władysława Bartoszewskiego pewnie wyliczy takich. Prawda jest taka, że jesteśmy narodem, którego obywatele stanowią prawie połowę odznaczonych jako „Sprawiedliwi wśród narodów świata”, co nie oznacza, że nie było wśród nas szpiclów, kolaborantów i innych donosicieli”. Czy temu się można dziwić? Nie ma przecież narodów dobrych czy złych, są tylko dobrzy lub źli ludzie.
No cóż, nigdy nie byłem jakimś wielkim wielbicielem Władysława Bartoszewskiego, ale również nie jestem wielkim wielbicielem PiS, traktując PO-PiS jako źródło wielu problemów Polski. Uczciwość jednak nakazała mi po prostu skonfrontować wiedzę zdobytą na forach z prawdą wyrażoną cytatami. Niestety tzw. „opinia publiczna” jak to już nie raz w moim życiu było „dała ciała” na całej linii. Stąd warto za każdym razem konfrontować to co się słyszy, ze źródłami. Lepiej się na tym wychodzi.

Źródło użytych cytatów: Wikiquote

Piotr SOYKA HONOROWYM KAPITANEM

2015_04_21_honorowy_kapitan_piotr_soyka_01 soyka_02 soyka_05

21 kwietnia br. podczas zwyczajowo we wtorki odbywanego spotkania Stowarzyszenia Kapitanów Żeglugi Wielkiej, w poczet Członków Honorowych tej zacnej organizacji, przyjęty został prezes Remontowa Holding S.A. Piotr Soyka. Spotkanie odbyło się na pokładzie „Daru Pomorza” – statku-muzeum, ale również siedziby SKŻW. Z racji pięknego, słonecznego popołudnia miało to miejsce na pokładzie głównym. Rozpoczynając i witając wszystkich, przewodniczący Stowarzyszenia, kpt. ż. w. Andrzej Królikowski powiedział: „(…) Pan, jako okrętowiec przez wiele lat wskazywał nam, w jaki sposób statki mogą bezpiecznie pływać – i za to nasz pokłon.” Zapoznał zebranych z drogą zawodową Prezesa Piotra Soyki od momentu ukończenia przezeń studiów na Politechnice Gdańskiej na Wydziale Mechanicznym w 1969 roku, a także podyplomowych studiów z zakresu zarządzania i rozpoczęcia pracy w Gdańskiej Stoczni Remontowej (1972 r.), początkowo na stanowisku mistrza i budowniczego, przez stanowisko dyrektora technicznego i dyrektora naczelnego Morskiej Stoczni Remontowej w Świnoujściu (w latach 1980-1984) i następnie z-cy dyrektora ds. produkcji w Gdańskiej Stoczni Remontowej. W roku 1987 był w Angoli, jako dyrektor kontraktu zawartego przez GSR z Ministerstwem Rybołówstwa Republiki Angoli. W 1989 roku, po powrocie do kraju i wygraniu konkursu został dyrektorem naczelnym GSR, przeprowadzając stocznię przez burzliwe lata polskiej transformacji, przeprowadził proces restrukturyzacji, aż do pełnej prywatyzacji w 2001 roku. Stworzył kapitałową Grupę Remontowa S.A. zarządzając nią w sumie jako dyrektor i prezes zarządu przez 20 lat (do przejścia na emeryturę w 2009 r.). Dzięki jego działaniom powstała Grupa Kapitałowa Remontowa Holding S.A. – której obecnie jest Prezesem Zarządu (po rezygnacji z emerytury). Jak na początku swojego wystąpienia powiedział kapitan Piotrzkowski: „Całe życie zawodowe Pana Piotra Soyki dowodzi, jak można odnieść sukces w trudnych warunkach, w jakich funkcjonuje przemysł stoczniowy, wbrew warunkom ekonomicznym i prawnym, nie zawsze sprzyjającym przemianom i rozwojowi.”

Kolejny mówca – kpt. ż. w. Jerzy Latała (armator, właściciel firmy Żegluga Gdańska Sp. z o.o.) powiedział z zadowoleniem: „Cieszę się bardzo, że Pan Piotr Soyka, którego znam od wielu lat wstępuje w nasze szeregi i jest wreszcie Honorowym Kapitanem ż. w. (…) dowodzi przecież flotyllą – jak można powiedzieć o Grupie Remontowa, składającej się z ponad dwudziestu mniejszych jednostek, i codziennie musi podejmować decyzje, równe tym, z jakimi ma do czynienia kapitan na mostku w trudnych warunkach.” Przypomniał też o armatorskich doświadczeniach, które ma za sobą Prezes Soyka (Gdańskie Linie Morskie).

Wystąpił też, prezentując Grupę Remontowa Holding S.A. od momentu powstania GSR, aż do dzisiaj, Tadeusz Zielonka, powiedział: „Cieszy mnie ten fakt, chociaż mam za sobą 41 lat w Naucie…” (Jak wiemy Tadeusz Zielonka, również Członek Honorowy SKŻW – całe swoje zawodowe życie, aż do emerytury związał z Gdyńską Stocznią Remontową Nauta S.A. – przyp. red.) Powiedział też, że w ciągu swojej pracy zawodowej nieraz konkurowali, ale w środowisku stoczniowców Piotr Soyka zawsze uważany był za ojca polskiego przemysłu remontu statków, i tak jest postrzegany również obecnie. Jak powiedział chwilę później prezes Polskich Linii Oceanicznych S.A. Roman Woźniak – (…) jeden znamienny fakt należy podkreślić – potrafił Pan zaprzeczyć, że w Polsce przemysł stoczniowy się nie umacnia, że można tu odnieść sukces i umieć się nim podzielić.

Miał też miejsce występ szantowo-recytowany w wykonaniu najstarszego poety wśród kapitanów i najstarszego kapitana wśród poetów – 92-latka Henryka Wojtkowiaka. Przedstawiona została charakterystyka znaku zodiaku patronującego Prezesowi Piotrowi Soyce – Koziorożca – co z humorem przedstawił kpt. Andrzej Królikowski. No i stało się – czapka – symbol nowej przynależności, powędrowała na miejsce jej przeznaczenia, a i zwyczajem tu panującym salut w kierunku bandery oddany został. Były jeszcze sympatyczne słowa pod adresem kapitanów skierowane, pamiątkowy od remontowego holdingu dzwon, wpis do Księgi Pamiątkowej „Daru Pomorza”, książki od kapitanów (od Józefa WójcikaKaszubskie wesele„, wydane przez naszą Fundację kapitańskie zapiski z mórz i oceanów – „Falami pisane” oraz „Z dalekiego lądu nad morze” – biografia o Józefie Lisowskim – legitymującym się Honorowym Członkostwem SKŻW, napisana przez równie „honorowego” Henryka Spigarskiego).

Nie mogło też zabraknąć tradycyjnie morskiej (albo nie koniecznie morskiej) zupy – żuru, serwowanego przez sekretarza Ligi Morskiej i Rzecznej Tadeusza Kuśmierskiego.

Tekst i zdjęcia Cezary Spigarski

Więcej fotek:  http://oficynamorska.pl/2015/prezes-remontowa-holding-s-a-piotr-soyka-honorowym-kapitanem/

ZACZYNAMY ŻEGLOWANIE

OLYMPUS DIGITAL CAMERA P4257799

„Lobo De Mar” już na wodzie. Moja radość, jak i wszystkich tych, którzy byli zaangażowanie w przygotowanie jachtu do sezonu jest wielka. Jeszcze w sobotę ostatnie kosmetyczne prace, mycie, szorowanie pokładu i nadbudówki (Justyna, Wojtek), odnawianie drewnianego wystroju salonu (Iwona) i porządki w takielunku i wyposażeniu (Ja). Wszystko trzeba staranie skontrolować. Na niedzielny rejs chętnych było sporo (Justyna, Iwona, Alek, Oskar i Michał). Załoga stawiła się na burcie punktualnie. Wciągnięto na sztag genuę i w lik-szparę masztu grota – jacht gotowy do żeglugi. Inauguracyjny, testowy rejs zaplanowaliśmy do Helu. Kapitan Lobo robi wstępne szkolenie o środkach ratunkowych i wyposażeniu jachtu. Każdy osobiście zakłada pas asekuracyjny lub ratunkowy i sprawdza jego dopasowanie – jest OK.! Minęło południe, kiedy rzuciliśmy cumy i z uśmiechem na twarzy trawersowaliśmy główki gdyńskiej mariny. Dla wielu z załogi było to pierwsze zetkniecie z jachtem tego typu i pożerała ich ciekawość elektronicznego, efektownego i efektywnego wyposażenia. Płyniemy. Pogoda nie sprzyja żeglowaniu – wieje niespełna 2°B z dziobowej ćwiartki, czasem wiatr zupełnie „zdycha”. Szkoda. Nie mogę pokazać załodze żeglarskich walorów jachtu. Po dwóch godzinach żeglugi cumujemy w zupełnie pustej helskiej marinie. Jest pogodnie, wiec idziemy na helski spacer dookoła cypla. Jest oczywiście z nami nasz pies Tolek, który radośnie szaleje po okolicy i plaży. Po spacerze zaglądamy do naszej ulubionej kaszubskiej tawerny „Izdebka”, gdzie zamawiamy wspaniały rybny obiad. Ja i jeszcze dwóch żeglarzy wcinamy znakomitego rekina, ktoś solę lub świetnego wędkowego dorsza. Oczywiście na przystawkę była rybna zupa – to taki nasz tutejszy standard. Na jacht wracamy radośni, najedzeni i już z planami na przyszłe eskapady. Wychodzimy w drogę powrotną do Gdyni. Pusty Hel zostawiamy za sobą – latem trudno będzie tu zacumować w weekend. Sztil absolutny. Woda gładka jak tafla lustra – bez zmarszczki. Przyszła mgła, uruchamiamy radar i wzmacniamy obserwację. Mijamy blisko kilka statków kotwiczących na redzie. Z systemu AIS mamy wszystkie informacje o ich zachowaniu. Justynka ćwiczy gałkologię elektronicznej mapy i ręczne sterowanie jachtem. Cumujemy na swoim miejscu bardzo elegancko. Załoga już nieco obyta z jachtem zaczyna odgrywać swoje role coraz lepiej. Skończył się pierwszy testowy rejs jachtu „Lobo De Mar” – wszystko OK! Możemy wyruszać w dalsze rejsy. Sezon zapowiada się wspaniale.

 

KUŹNIA ŻEGLARZY

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Każda rzecz wcześniej zaczęta, wcześniej przynosi profity. I tak jest ze wszystkim. Większość genialnych muzyków zaczynała w kołysce. Z kołyski brali się wybitni tancerze, piosenkarze i wielu innych artystów. No, niektórzy nobliści literatury zaczynali dopiero jak się pisać i czytać nauczyli, ale zawsze to było wcześniej niż standard w ich okolicy. Nie raz słyszymy, „… już będąc w kołysce…”. I tak się dzieje też i w żeglarstwie. Kto za młodu wodą morską, a nawet i jeziorną namoknie, ten z żeglowania radość i profity zbierać będzie. Patrząc na przedszkolne dzieciaki, które w Gdyńskiej Akademii Żeglarstwa „studiują”, serce się raduje i ręce składają się do oklasków. To nic, że nazwa górnolotna i na wyrost. Dziś w Polsce „akademii” dostatek i jedna więcej, czy mniej nic nie zmienia. Ja bym wolał żeby to była Szkoła Żeglarstwa – większe miałbym do tego zaufanie. Nie mam nic przeciw tej „uczelni” – robią fantastyczną robotę i poziom też tam wysoki i profesjonalny. Wielu ludzi tam pracujących nawet znam i obserwuje ich prace, na co dzień – podoba mi się to, co robią i oby tak dalej. Maluszki wchodzące na swoje małe pływające skorupki, wstawiające miecz do skrzyni mieczowej, mocujące ster i wiosłujące „pagajkami”, robią wrażenie i powodują, że zatrzymujemy się na chwilę, obserwujemy i cieszymy się razem z kibicującymi rodzicami, którzy bacznie obserwują zajęcia, w trosce o bezpieczeństwo dzieci. Między tymi maluszkami być może, że są przyszli mistrzowie polski, europy a nawet i świata. Polacy w żeglarstwie są mocni, ale obecni mistrzowie potrzebują swoich następców i może właśnie tu jest ich kuźnia. Powodzenia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

„LOBO DE MAR” NA WODZIE

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Coroczne wodowanie przeżywam jednakowo i to bardzo mocno. Już od dłuższego czasu marzył mi się nasz jacht na wodzie i z niecierpliwością czekałem tego dnia, kiedy „LOBO DE MAR” zabuja się pod moimi stopami. Dzielna załoga w składzie: Iwona, Justyna, Tomek, Michał, Aleksander i Oskar już od dwóch tygodni dopytywała się, kiedy wodujemy. Przychodzili, pracowali i dopieszczali nasz jacht. Przed naszym wodowaniem pomagaliśmy wodować jachty innym żeglarzom. W końcu nadszedł dzień, kiedy dźwig podniósł jacht z zimowego leża, uniósł wysoko pod niebo i przeniósł nad taflę wody, na której spędzi teraz kilka miesięcy. Zanim zdejmujemy pasy, rutynowo sprawdzamy szczelność kadłuba, taklujemy – podczepiamy zdemontowany na zimę achtersztag i jesteśmy gotowi do pierwszej żeglugi. Sprawdzamy olej, chłodzenie, paliwo i startujemy silnik. Wszystko zadziałało perfekcyjnie – płyniemy. Widzę radość na twarzach mojej młodej załogi. Cieszą się tak, jak byśmy wypływali w daleki rejs, a to przecież tylko ok. 200 metrów żeglugi do stałego miejsca postoju „LOBO DE MAR”. Pierwsze cumowanie niewprawnej załodze wychodzi niezgrabnie, ale przecież po to teraz u mnie są, aby się wszystkiego nauczyć. Tu będą mieli dobra praktykę. Po paru rejsach wszystko będzie wychodzić perfekcyjnie. Dziękuję im za przygotowanie jachtu do wodowania. Teraz trzeba jeszcze otaklować jacht – sprawdzić olinowanie stałe i ruchome, wciągnąć żagle, zrobić staranny przegląd środków ratunkowych, pirotechniki i całego wyposażenia. Młodzi palą się do rejsów, ale przed nami jeszcze sporo pracy. Damy radę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

JACHTY NA WODZIE

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

WODOWANIE w YK „STAL”.
Dla każdego klubu dzień wodowania jachtów klubowych jest swoistym świętem, ukoronowaniem zimowej pracy i wiosennego przygotowania jachtów do kolejnego sezonu. W YK „STAL” w Gdyni też pracowano intensywnie, aby jachty wyglądały nie tylko pięknie, ale i były sprawne i bezpieczne. W minioną środę dopisała pogoda, było słonecznie i bezwietrznie. To idealne warunki do wodowania jachtów. Wprawdzie przyjazd dźwigu znacznie się opóźnił, ale w końcu wszystko sie udało i klubowe jachty zabujały się na wodach gdyńskiej mariny. Flagowy jacht Klubu „Copernicus” prezentuje się świetnie, ale i inne przygotowane są starannie. Z przyjemnością przyglądałem się operacji wodowania. Serce żeglarza zawsze się raduje, kiedy jachty znikają z kei a zapełnia się marina i przybywa masztów strzelających tego dnia w zupełnie błękitne niebo. Wielu z tych, co krzątali się tego dnia po kei wie, że staną na pokładzie któregoś z tych jachtów, pożeglują do kolejnych portów, wystartują w tegorocznej „Błękitnej Wstędze Zatoki Gdańskiej”, sztandarowej Klubowej imprezie i wielu innych. Pomyślnych wiatrów, Żeglarze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

DZIECI I MORZE

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Radość mnie rozpiera, kiedy idąc nabrzeżem gdyńskiej mariny widzę ruch i krzątaninę wokół stojących na nabrzeżach jachtów. Nie tylko tych wielkich, ponad 15-to metrowych, ale i wokół średniaków i tych całkiem małych. Widok pracujących dzieci, całkiem malutkich, przy swoich niewielkich łódeczkach, które teraz myją, czyszczą i pucują, jest naprawdę wzruszający. Tu w Marinie widać teraz, przed sezonem, starania gdyńskich klubów o morskie wychowanie dzieci i młodzieży. Dzieciaki na swoich „Kadetach” były już na wodzie, już szarańcza krążyła po basenie. Teraz nikomu nie przeszkadzali i nikt im nie przeszkadzał. Uwielbiam patrzyć na dzieciaki, jak manewrują, kręcą się i starają wykonywać polecenia swojego opiekuna. Zauważyłem, że dziewczynki wiele manewrów wykonują lepiej od swoich rówieśników (?!) Żeglujcie dzieciaki, dzięki żaglom wasze życie na pewno będzie ciekawsze.

 

SEZON TUŻ, TUŻ…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sezon tuż, tuż. Za kilka dni wodujemy nasz wspaniały jacht. Fantastyczna załoga (Justynka, Iwona, Jacek, Tomek i Oskar) robi ostatnią kosmetykę; czyści kadłub, maluje, myje, sprząta. Ostanie kontrole urządzeń, płukanie zbiorników, sprawdzenie elektryki i jesteśmy gotowi. Teraz tylko czekamy na dźwig, który nas posadzi na wodę. Na wodzie będzie dalszy etap przygotowań do sezonu – taklowanie jachtu. Jeszcze przegląd przedsezonowy silnika, który nie powinien w sezonie zawieść. Sprawdzenie olinowania stałego i ruchomego, założenie żagli i ich staranne sprawdzenie. Ostateczne wyszorowanie i wymycie jachtu i w końcu jego zaopatrzenie. W lodówce i spiżarni zawsze musi coś być. Nie możemy się doczekać komendy „Cumy let go!”. Mam nadzieję, że pierwsze wyjście będzie jeszcze w kwietniu.