VEERE

VEERE – 150701

150702 LdM 8309 - 087 150702 LdM 8309 - 088

Każdy rejs ma swoje niespodzianki i odkrycia. Mistrzem w wyszukiwaniu nie tylko dziwnych, ale i ciekawych miejsc na trasie żeglugi jest oczywiście Piętaszek, który z nosem w locji, przewodnikach i mapach wyszukuje miejsc gdzie nie tylko my nie byliśmy, ale jest małe prawdopodobieństwo spotkania tam innych polskich żeglarzy. Ja stawiam przed Piętaszkiem tylko jeden warunek, aby było tam głębiej nieco jak 2 metry! Moja Towarzyszka żeglowania uwielbia wyspy, wysepki i miejsca zapomniane przez Boga i ludzi, uwielbia przyrodę nieskażoną i ciszę natury. Dobrze, ze w tej materii nasze upodobania są zbieżne. W północnozachodniej części estońskiej wyspy Saaremaa, w głębokiej zatoczce osłoniętej od zachodnich i południowych wiatrów a otwartej od północy, Piętaszek znalazł port o wdzięcznej nazwie Veere. Na mojej elektronicznej mapie port jeszcze nie istniał, pokazany był tylko przerywaną linią przyszły falochron. Mogliśmy tam zajrzeć, było po drodze. Gdyby było źle zawsze mogliśmy popłynąć do Parna na wyspie Hiiumaa. W końcówce drogi z Liepaja do Veere nieźle wiało i z silnym wiatrem, na żaglach, okrążaliśmy cyple Kiipsaare Nukk i Undva Nina. Już z daleka, przez lornetkę, dostrzegłem nowy falochron ze szczytową latarnią, ale masztów żadnych w porcie nie widziałem. Trochę mnie to niepokoiło, ale sondując uważnie i idąc wolno na silniku, zbliżałem się do portu. Zaskoczył mnie stojący na kotwicy, pokaźnych rozmiarów, jacht motorowy a moje zdziwienie było jeszcze większe, kiedy rozpoznałem brytyjską, królewską banderę. Za falochronem było głęboko i kiedy dostrzegłem skrzynkę elektryczną zawinąłem przez prawą burtę i zacumowałem. W porcie, w samym rogu, stał zacumowany niewielki kuter miejscowej straży granicznej. Byliśmy tu jedynym jachtem i być może, że pierwszym z Polski. Podłączyłem prąd i w chwilę potem zjawił się na kei solidnej budowy, z okrągłą, ogorzała twarzą, mężczyzna. Przywitał mnie przyjaznym gestem. Nie mówił po angielsku, ale kilka rzuconych przeze mnie słów zrozumiał. Zapytałem o wodę – pokazał mi narożnik portu, gdzie dostrzegłem kran. Zapytałem o paliwo – poskrobał się po czuprynie, zasępił i po rosyjsku zapytał:

– Skolko?

– Sorok! – Skwapliwie odpowiedziałem.

150702 LdM 8309 - 008 150702 LdM 8309 - 013

Wyraźnie się zakłopotał, ale odchodząc dał mi do zrozumienia, że coś w tej sprawie wymyśli. W tym porcie paliwo nie było dostępne. Mężczyzna, który mnie przywitał okazał się bosmanem portu Veere. Jego siedzibą był ładny, okazały jak na to miejsce budynek, gdzie znaleźliśmy wszelkie socjalne wygody. Do portu weszliśmy nieco po 8:00, więc mieliśmy cały dzień na turystyczny relaks. Poszedłem z Tolkiem na ładną plażę, gdzie pies się pięknie wyszalał a Piętaszek w tym czasie przygotował znakomite śniadanie. Po śniadaniu wystawiłem na nabrzeże nasze rowery i ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Musieliśmy pójść na jakiś kompromis. Bardziej interesujące miejsca były zbyt daleko, więc wybraliśmy najbliższe opisane w przewodniku i pokazane na turystycznej mapie miejsce – miejscowość Pidula. Przy wyjeździe z portu stał niski barakowy budynek, gdzie mieścił się portowy pub i artystyczna galeria z miejscowymi pamiątkami. Do miejscowości Pidula było niecałe 10 km ładną szosą przez piękny las. Kręciliśmy pedałami z wielką przyjemnością chłonąc powietrze nieskażonej niczym przyrody. Otaczający nas las był naprawdę pierwotny, dziki i bogato podszyty – piękny. Gdy dojeżdżaliśmy do celu minął nas młody człowiek na niewielkim rowerku. Jak się później okazało był hotelarzem, barmanem, przewodnikiem turystycznym, w zasadzie wszystkim, co mogło być potrzebne turystom w takim miejscu.

150630 LdM 8309 - 002 150630 LdM 8309 - 003

Pidula Manor leży około 35 km na północ od stolicy wyspy Kuressaare, gdzie cumowaliśmy przed rokiem. Miejscowość jest już wymieniona w XVI-wiecznych kronikach. Znajduje się tu jeden z najlepiej zachowanych dworów szlacheckich na wyspie. Do dworu w Pidula jeszcze w XX-wieku należały dziesiątki tysięcy hektarów lasów i pól. Posiadaczami ziemskimi były tu najbardziej znane rody szlachty niemieckiej, jak von Stackelberg i von Strucker. Dwór i posiadłość, którą zwiedzaliśmy jest w trakcie restauracji wspieranej przez Unię Europejską. Oficyna dworu jest już czynna i mieści się tam hotel, biuro turystyczne, restauracja, bar i pomieszczenia rekreacyjne. Poza nami, turystów nie widzieliśmy, a chłopak, który nas minął rowerkiem na szosie, dwoił się i troił, aby nam dogodzić. Na tarasie wypiliśmy dobrą kawę i niezłe miejscowe piwo. Okolica reklamuje swoją agroturystykę, polowania na dziki, łosie i wiele innej mniejszej zwierzyny. Lasy obfitują też w bogate runo leśne – jagody i grzyby. Zimą uprawia się tu sannę i narciarstwo biegowe. Pogoda była piękna i w zasadzie nic nas na jacht nie gnało. Powłóczyliśmy się nieco po okolicy i nie spiesząc się wróciliśmy do Veere. Gdy podjechaliśmy pod jacht zauważyłem dwa duże 20-to litrowe kanistry z ropą stojące tuż przy mojej burcie. Fajny chłop z tego bosmana. Po solidnej kolacji poszliśmy wziąć gorący prysznic. Potem usiedliśmy w naszym kokpicie przy lampce wina i radowaliśmy się cudowną chwilą w pięknym miejscu. Rano podszedłem po wodę, we wzięciu, której pomagał nam bosman portu. Dopiero przed rzuceniem cum rozliczyłem się z przemiłym Estończykiem – 10 EU za port i 50 EU za paliwo. Tanio – fajna miejscówka na przyszłość. Ruszyliśmy w drogę do Turku.  

150630 LdM 8309 - 005 150702 LdM 8309 - 014