ŚLADEM BENIOWSKIEGO

BeniowskiZA RYBAMI ŚLADEM MAURYCEGO I INNYCH

 

Kiedy po raz pierwszy w życiu wybierałem się statkiem m/t „Siriusz” na Morze Beringa w roku 1985, swoim zwyczajem jeszcze przed opuszczeniem domu zainteresowałem się tym rejonem od strony nie tylko geograficznej, ale i historycznej. Najbardziej interesowały mnie odkrycia i eksploracja tamtych rejonów z udziałem Polaków, a było ich tam przecież niemało.

Chyba wszystkim znane są przyczyny obecności większości Polaków w tamtym rejonie, ale tak dla porządku przypomnę, że Daleki Wschód, czyli miejsce, gdzie Słońce mówi „dzień dobry”, było standardowym rejonem zsyłek nie tylko polskich przeciwników caratu, tam spotkać można było „wywrotowców”, uczestników różnych powstań, konfederacji i spisków wielu narodowości, którzy nie byli wygodni Moskwie. Z racji odwiecznych konfliktów polsko-rosyjskich najwięcej tam można było spotkać Polaków.

Główne rejony zsyłek to przede wszystkim krainy: Chabarowska, Magadańska i Kamczacka, gdzie rejon o obszarze blisko 2 mln km² zamieszkiwało niespełna 700 tys. ludzi, głównie Czukczów, Kornaków, Kamczadalów, Ewenów i Aleutów. Bezdroża i odludzie to najbardziej adekwatne określenie rejonu.

Tak skrótowo można by historycznie scharakteryzować ziemie, które oblewały bardzo żyzne – bogate w ryby – wody Morza Beringa i Morza Ochockiego. Pływając w tamtym rejonie „Syriuszem”, „Altairem”, a potem na różnej nacji tankowcach czarterowanych przez koreański Yukong, muszę stwierdzić, że ten rejon i dzisiaj ma miejsca zsyłkowe niewiele odbiegające od tych dawnych. Do wielu, które poznałem, nie zagląda nikt przez długie miesiące, więc nie muszą mieć krat i gęstej sieci wartowni.

Wróćmy do interesującego mnie tematu. Szukam oczywiście Polaków, głównie tych, którzy swoją eksplorację rejonu opierali na podróży morzem. Nieco przecząc temu, co napisałem powyżej, pierwszym wybitnym Polakiem, który położył duże zasługi w badaniu rejonu Dalekiego Wschodu, głównie Kamczatki i Wysp Kurylskich, był pochodzący z Wołynia Ignacy (Ivan) Kosarzewski, który pojawił się w tamtym rejonie w drugiej dekadzie XVIII stulecia, jako kierownik wypraw rosyjskich, odkrywając i opisując północno-wschodnią grupę Wysp Kurylskich. Na służbie rosyjskiej w tamtym rejonie pracowało wielu wybitnych badaczy i odkrywców.

Chyba nikomu, kto choć trochę interesuje się morzem i historiami odkryć, nie muszę tłumaczyć wielkości i znaczenia takiego nawigatora i żeglarza jak Belg Vitus Bering (Iwan Iwanowicz), który żeglował w tamtych rejonach, odkrywając i opisując wybrzeża na zlecenie cara Rosji. Dlaczego o nim wspominam? Nie tylko dlatego, że był najważniejszym odkrywcą i badaczem tamtego rejonu, po którym 260 lat później uganiałem się za rybą, ale przede wszystkim dlatego, że w jego wyprawach uczestniczyło wielu Polaków, między innymi wspomniany wyżej Ignacy Kosarzewski.

Ignacy brał udział zarówno w pierwszej wyprawie Beringa (1725-30), jak i w drugiej (1733-42), gdzie towarzyszyli mu jeszcze inni Polacy: Andrzej Wielkopolski, Wilhelm Buczkowski i Andrzej Koźmian. Ciekawostką tutaj może być informacja o statkach, których nazwy przewiną się jeszcze w tym eseju. Bering zamówił na swoje wyprawy dwa statki nazwane „Św. Piotr” i „Św. Paweł”. Budowniczymi tych statków byli Makar Rogoczew i Andrej Koźmin. „Św. Piotr” uległ zniszczeniu podczas sztormu pod koniec drugiej wyprawy. Z resztek wraku S. Starodubcew, jedyny ocalały z załogi stolarz, zbudował mniejszy statek (40’ – 12,2m), który nazwano tak jak szczątki w nim zawarte – „Św. Piotr”. Statek ten żeglował jeszcze przez 12 lat w tamtym rejonie.

Tu następuje zderzenie tematu z najsłynniejszym żeglarzem Polakiem tamtego rejonu – Maurycym Augustem Beniowskim, który 12 maja 1771 roku opuścił port Bolszereck na statku „Św. Piotr i Św. Paweł”, udając się w podróż, która była ucieczką z zesłania. Nazwa statku znajoma – to zbitka nazw dwóch statków Vitusa Beringa, jakby w tamtym rejonie statki pod innym patronatem nie mogły pływać. Nie będę tutaj pisał jego biografii, tę można znaleźć w wielu obszernych publikacjach, z których szczególnie polecam znakomite książki największego znawcy Beniowskiego – Edwarda Kajdańskiego: „Pamiętniki” i „Tajemnice Beniowskiego”, ostrzegając jednocześnie przed wcześniejszymi publikacjami o Beniowskim pisanymi przez pseudohistoryków czasów PRL, którzy propagowali lansowaną przez wrogo nastawionych do Maurycego Rosjan wersje o rzekomych jego szalbierstwach i zmyśleniach.

Beniowski w swojej odysei północnej podjął próbę przepłynięcia do Europy drogą północną, co – trzeba przyznać – było nie tylko aktem wielkiej odwagi i desperacji, ale i świadczy o przekonaniu, że taka podróż była wówczas możliwa. Znając niski poziom ówczesnej wiedzy o tamtych rejonach, należy przyjąć, że Beniowski musiał sporo wiedzieć o wyprawach Vitusa Beringa („Św. Piotr” i „Św. Paweł”), Stiepana Małygina („Ob”), Siemiona Czeluskina, Dymitra Łaptiewa („Irkuck”), który zajmował się, między innymi, możliwościami komunikacyjnymi lądem i morzem północno-wschodniej Syberii (kraj Czukczów) i Charytona Łaptiewa („Jakuck”), który był kontynuatorem dzieła Czeluskina. Dzięki wyżej wymienionym badaczom przejście drogą północną do Europy wydało się Maurycemu prawdopodobne.

Niestety, jego przewidywania nie sprawdziły się. Posiadał zbyt słaby statek i trafił na niesprzyjający okres dużego zlodzenia tamtego rejonu – jego zamysł przegrał z naturą, ale on sam podjął właściwą decyzję i z Cieśniny Beringa ruszył wzdłuż Alaski, Aleutów, Kuryli na południe. W ten sposób stał się pierwszym żeglarzem, który przepłynął północny Pacyfik z północy na południe, docierając do Japonii i Chin [Makau] w okresie tzw. wielkiej izolacji.

Maurycy Beniowski, jak większość żeglarzy i podróżników, prowadził dziennik, który stał się przedmiotem wielkich sporów i dyskusji. Oczywiste było, że Rosjanie, wstydząc się ucieczki Maurycego, podważali w ogóle sam fakt, a szczególnie napastliwie atakowali Beniowskiego za fałszowanie dziennika, co do miejsc, jakie widział i opisał. Oczywiście jednym z argumentów sceptyków były fantazje Beniowskiego w dalszym jego życiorysie, którymi posługiwał się dla konkretnych celów politycznych.

Na dobrą sprawę życiorys Beniowskiego jest tak skomplikowany, pełen niejasności i zawiłości, że trudno się nawet wnikliwym badaczom połapać, co jest prawdą, a co fałszem – jego życie to niemal gotowe scenariusze kilkunastu sensacyjnych filmów.

Ale w tym właśnie wątku miałem okazję zweryfikować jego rzetelność. Przez kilka lat włóczyłem się za rybą – i nie tylko – po Morzu Ochockim i Beringa, wielokrotnie przecinając kursem swojego statku kursy statku „Św. Piotr i Św. Paweł”. Kiedy na podstawie informacji z tekstów Edwarda Kajdańskiego próbowałem porównywać swoje wrażenia z opisami Maurycego, byłem po prostu zszokowany – to są niemal locje rejonu. Widoki opisywane przez Maurycego były tożsame z tym, co ja widziałem po 260 latach. Ten rejon nie zmienił się. Morze, wybrzeża, pogody, zjawiska, flora i fauna pozostały tożsame. Jedyną zmianą, jaka na przestrzeni lat nastąpiła, był sam statek, czyli miejsce, z jakiego obserwacji dokonywano – drewniany, niewielki żaglowiec o burtach bliskich powierzchni morza i supernowoczesny, 90-metrowy trawler, bardziej odporny na kaprysy ciężkiego nawigacyjnie i pogodowo rejonu.

Czy można opisać wiernie i dokładnie miejsce bez bytności w nim? Niech spróbuje opisać to któryś z tych pseudohistoryków, którzy negują obecność Beniowskiego na Morzu Beringa, nie ruszając się z wygodnego fotela. Już któryś kolejny raz „wcielam” się w wyobraźni w dawnych żeglarzy, odkrywców, podróżników, próbując odebrać rejon, jak Oni go odbierali. Tak akurat się składa, że wielkie rybołówstwo zawsze było uprawiane w najcięższych nawigacyjnie i pogodowo rejonach.

Kiedyś za rybami żeglowałem śladem Otto Sverdrupa [„Fram”] na Labradorze i wodach Grenlandii, śladem „Frama” pod dowództwem Roalda Amundsena[1] na wodach Barentsa i Svalbardu. Potem przyglądałem się Antarktydzie w miejscach widzianych przez Amundsena [„Fram”] i Sheckletona podczas wyprawy „Endurance”. Tak ostatnio żeglowałem kursami zbliżonymi do tras „Św. Piotra i Św. Pawła” od dalekiej Syberii, gdzie widziałem jeszcze resztki gułagów, aż po Aleuty, Kuryle i wyspy japońskie włącznie.

Trudno, znając historie tych wypraw i tych wspaniałych ludzi, nie utożsamiać się z nimi w tamtych rejonach, nie porównywać tego, co widzę, z tym, co oni opisali – żaden z wyżej wymienionych nie skalał się kłamstwem, choć historia zna przypadki naukowych oszustw. Bytność Maurycego Beniowskiego na Morzu Beringa w całej rozciągłości, na bazie swojej wiedzy, doświadczenia i osobistej bytności w rejonie, potwierdzam.

Walkę rosyjskich przeciwników Beniowskiego widać i w tym, że najstarsza nazwa jednej z zatok Wyspy Beringa – Zatoka Maurycego ― przez rosyjskich kartografów jest zamieniona na Zatokę Gaweńską. Do starej nazwy próbował wrócić polski geolog Józef Morozewicz w 1903 roku, który na sporządzonej przez siebie mapie przywrócił pierwotne nazewnictwo, ale nie akceptowali tego Rosjanie.

 

Kapitan Tomasz SOBIESZCZAŃSKI-LOBO

[1] Autor opisuje w zarysie historię „FRAMA” w niegdyś publikowanym tekście [„Wybrzeże”] pod tytułem „MOCNIEJSZY OD LODU, czyli tam gdzie „Fram” żeglował”.