SPOTKANIE Z HAMLETEM

SPOTKANIE Z HAMLETEM

LOBO DE MAR – Rejs 11927

Jak zawsze nasze letnie eskapady są dużo wcześniej planowane. Jeszcze w zeszłym roku, zaraz po powrocie z Alandów, wymyśliliśmy sobie wizytę na Zamku Kronborg zwanym Zamkiem Hamleta. Wielokrotnie przepływając Sund marzyło mi się odwiedzenie tego miejsca. Dopiero teraz, kiedy mam własny jacht, mogłem to zrealizować. Początkowo planowałem też zawiniecie do portu Kalundborg po zachodniej stronie Zelandii, który był moim pierwszym zagranicznym portem, gdzie byłem w roku 1966. Życie jednak nieco zweryfikowało nasze plany. Awaria sprzęgła, którą osobiście usunąłem, opóźniła nasze wyjście o trzy dni i z Kalundborgu trzeba było zrezygnować. Zamiast w sobotę, kiedy wyszliśmy do Władysławowa i wróciliśmy, po stwierdzeniu braku biegu wstecznego, do Gdyni, we właściwy rejs wyszliśmy dopiero we wtorek.

Pogada na starcie była piękna i sprzyjająca żegludze. Pierwszego dnia, po przepłynięciu 68 mil, wchodzimy wieczorem do Łeby. Nieduża ciasna Marina, ale miejsce znaleźliśmy. Następnym portem miało być Darłowo, ale wojsko zamknęło poligony nr.6 i 6A i okrężny rejs do Darłowa nie miał już sensu. Popłynęliśmy do Kołobrzegu, gdzie dotarliśmy w nocy (02:30). Kołobrzeg był naszym ostatnim polskim portem przed skokiem przez Bałtyk. Ponieważ prognozy na rejon Szczecina i Sassnitz były złe, zapowiadano nawet sztormowe zachodnie wiatry, postanowiliśmy popłynąć na Bornholm i porty szwedzkie. W Kołobrzegu spędziliśmy cały dzień, robiąc ostatnie zakupy prowiantowe i uzupełniając paliwo. Kołobrzeg dorobił się nowego basenu żeglarskiego. To teraz jedna z ładniejszych Marin polskiego wybrzeża. Port Ronne nie jest dobrym portem dla żeglarzy. Brak tam dobrej mariny dla gości. Istniejąca klubowa, na północ od miasta, jest ciasna, płytka i w zasadzie niedostępna. Cumujemy w porcie pasażerskim, gdzie już poprzednio byłem, tak tym jachtem jak i wcześniej BRYZĄ H. Wysoka betonowa keja, trudna do zacumowania. Jesteśmy jedynym jachtem tu cumującym. W samym rogu basenu są schodki, do których się przyklejamy. Jest prąd i dobre sanitariaty – to nam wystarcza na nocleg. Wychodzimy zaraz po śniadaniu. Marzyło nam się osiągnięcie Gislov, ale pogoda zdecydowanie się pogorszyła. Powiało silnie z zachodu. Ponadto odczuwalny był coraz silniejszy wschodni prąd. Szybkość nam znacznie spadła a i kierunek żeglowania nie był zupełnie zgodny z naszymi życzeniami. Wieczorem byliśmy dopiero na wysokości Ystad i do tego portu na nocleg weszliśmy. Marina dużą, piękna, nowoczesna i komfortowo wyposażona. Byliśmy w porcie o 20:00 i w licznych barach i restauracjach było mnóstwo ludzi. Marina żyła swoim wieczornym rytmem – było pięknie. Następnego dnia rano na zewnątrz wiało nieźle. Przez chwilę zastanawiałem się nad wyjściem – analizowałem prognozy. Nie zanosiło się na jakieś korzystne zmiany, ale też nie było widać jakiegoś istotnego pogorszenia. Kierunek i siła wiatru bez zmian. Wychodzimy. Żmudna żeglarska harówka – do brzegu i od brzegu. Halsujemy w miarę długimi halsami starając się przesuwać na zachód. Przed wieczorem jesteśmy dopiero na wysokości Gislow, gdzie w zamierzeniach mieliśmy być wczoraj. Do kanału Falsterbo przy tym wietrze nie dotrzemy przed północą. Decyzja mogła być tylko jedna – nocujemy w Gislow. Stajemy przy znanej nam rybackiej kei. Jest woda, prąd i swobodnie dostępny prysznic z gorącą wodą. Kąpiel, kolacja i w koję. Do Helsingor pozostało nieco ponad 50 mil. Powinniśmy tam jutro dotrzeć. Wstajemy wcześnie i już o 08:00 jesteśmy w morzu. Z mozołem upartego żeglarza halsujemy aby jak najszybciej wejść w kanał, który dawał osłonę od wiatru i fali. Na otwarcie mostu musimy czekać 1,5 godziny. Na betonowej dalbie, do której przycupnęliśmy, pod hakiem cumowniczym mewa uwiła sobie gniazdo gdzie złożyła 3 jajka. Wykorzystanie przez nas tego haka spowodowało przykrycie gniazda przez hak i uczynienie gniazda niedostępnym. Mewa, która przyleciała na ten czas do gniazda, nie mogła się do niego dostać. Latała, skrzeczała, próbowała wyjąć z gniazda jajka. Trzeba było jej pomóc. Haka nie można było przestawić, bo trzymał się na nim nasz jacht, ale gniazdo udało mi się przesunąć po betonie dalby tak, że było ono swobodnie dostępne. Ułożyłem starannie trzy jajka w gnieździe i czekaliśmy na efekt naszych działań.  Radość nam sprawiła mewa, która okrążywszy kilkakrotnie nasz jacht, potem swoje gniazdo w nowym miejscu, usiadła na nim i przyglądając się nam z uwagą otuliła swoje jajka skrzydełkami. Całkowicie zaakceptowała nasze działania. Było nam bardzo miło. Otworzono most. Teraz jak najszybciej na północ. Wieje piątka z NW-u. Żeglujemy ostro do wiatru wzdłuż szwedzkiego wybrzeża. Czym bliżej mostu Øresundsbron (Kopenhaga-Malmo), tym bardziej był odczuwalny silny prąd północnej wlewki. Szybkość nam spada. Po minięciu lewą burtą wyspy Ven prąd był tak silny, że notacja naszej szybkości względem dna wyniosła 2 do 3 węzłów. Tym czasem Czernikiejew (log wiatraczkowy względem wody) pokazywał 5 do 6 (!?). Przez wąski przesmyk między Helsingor a Helsinborg gnana silnym północno-zachodnim wiatrem wlewa się do Bałtyku woda z Kattegatu popychana wodą z Morza północnego. 160710 LdM 11927 (131)W Sundzie woda przyspiesza do kilku węzłów. Trudno tutaj żeglować w tym czasie. Na wysokości160710 LdM 11927 (122) latarni Raa włączam silnik i zrzucam żagle. Ostatnie mile dłużą się niemiłosiernie. Staram się nie patrzeć na log. Wydaje się, że Helsingor wciąż jest w tej samej odległości, co 15 minut wcześniej. Jednak w końcu docieramy. Było już grubo po 10-ej, kiedy weszliśmy do awanportu potężnej, rozczłonkowanej mariny. Krążymy po basenach szukając wolnego miejsca. Robimy kilka kółek. Jest już ciemno. W końcu Piętaszek dostrzega dziure miedzy jachtami. Bez zastanowienia wciskam się w to jedyne wolne miejsce. Cumowanie dziobem do kei i rufa miedzy palami. Piętaszek bardzo nie lubi takich miejsc, ale nie wybrzydzamy. Stoimy. Dochodziła jedenasta. Idziemy zarejestrować nasz postój wyłupując w automacie Tellycard na prąd i sanitariaty. Bierzemy kąpiel i idziemy spać.

160710 LdM 11927 (117) 160710 LdM 11927 (102) 160710 LdM 11927 (160)

Relaks – turystyczny dzień w Helsingborg, do którego płynęliśmy cały tydzień. Nie martwimy się ETĄ w Gdyni, to zmartwienie n czas powrotu, kiedy stąd wyruszymy. Zamek Kronborg jest tuż przy Marinie, więc zjawiamy się tam krótko po śniadaniu. Kupujemy bilety i rozpoczynamy turystyczna ucztę. Zamek robi wrażenie swoim ogromem, architekturą a przede wszystkim fortyfikacjami. Na zamku Piętaszek jest mi przewodnikiem, który przygotował się do tej wizyty starannie. Wędrujemy po salach, schodach korytarzach. Podziwiamy historyczne obrazy (daleko im do Matejki), które jakąś historię Dani opowiadają. Piękne meble, gobeliny i występy aktorów wcielających się w szekspirowskie postacie. Wokół głównie piękny renesans. Piętaszek ze szczególnym zainteresowaniem obejrzał zamkową kaplicę bogato zdobioną przez tutejszych rzemieślników. Trudno w tej notatce opisywać wszystko, co oglądamy, mogę tylko napisać, że zamek zrobił na nas kolosalne wrażenie i z wizyty tutaj byliśmy bardzo zadowoleni. Mamy na to miasto tylko dzisiejszy dzień, więc pędzimy dalej.

160710 LdM 11927 (150) 160710 LdM 11927 (158) 160710 LdM 11927 (180)

W bezpośrednim sąsiedztwie zamku, w dokach starej stoczni, wybudowano wspaniałe nowoczesne, jedno z najnowocześniejszych w świecie, muzeum morskie – Narodowe Muzeum Morskie w Helsingor zaprojektowane przez Bjarke Ingels Group i oddane zwiedzającym przed dwoma laty. Tu ja stałem się naturalnym przewodnikiem dla Piętaszka. Opowiadałem mojej załodze o statkach, żaglowcach, załogach i czasach różnych w europejskiej żegludze. Do tego, co mówiłem miałem dookoła ilustracje w postaci pięknych modeli, ciekawych eksponatów i multimedialnych ilustracji. Było, co podziwić i czym się zachwycać. Dla mnie to muzeum było celem większym niż Kronborg, choć zamkowi niczego nie ujmuję. Popołudniu zaczęło padać, ale nie mogliśmy pominąć starówki. W starej stoczni, zamienionej na Centrum Kultury, wypiliśmy kawę i kiedy descz ustał poszliśmy na starówkę. Do najciekawszych zabytków architektonicznych miasta należą: średniowieczna Katedra Św. Olafa, klasztor Karmelitów z XV wieku oraz neoklasycystyczny pałac Marienlyst. Nie wszystko można było obejrzeć – zabytki były pozamykane i tylko zewnętrzne mury mogliśmy podziwiać. Dostaliśmy się jedynie na piękny wewnętrzny dziedziniec klasztoru, którym Piętaszek był szczególnie zachwycony. Kiedy wracaliśmy na jacht zaczęło mocniej padać. Wieczór spędziliśmy przy dobrym winie. Na północy już grzmiało i zerwał się sztormowy wiatr. Na naszej pogodynce było momentami ponad 30 węzłów. Dobrze, że turystyczny dzień mięliśmy już za sobą, ale myślenie o jutrze utrudniło zaśnięcie. Zgodnie z planem w Gdyni powinniśmy być w niedzielę, 10-go lipca, popołudniu. Piętaszek w poniedziałek powinien być w pracy. Na powrót mieliśmy niecałe 5 dni ?! Rano sztorm. Śniadanie jemy w milczeniu. Nikt nie mówi o wyjściu – port praktycznie zamknięty. Analizuję prognozy z wielu źródeł. Większość informacji mówi o silnych wiatrach z NW-u. Sztormu nie ma w prognozach. Minęło południe. Przestało padać. Chodzę po kei i oglądam port. Kilku żeglarzy stoi pod swoimi budkami, pali papierosy i spogląda w niebo. Wychodzimy – zadecydowałem. Obmyśliłem starannie manewry wyjściowe przy silnym bocznym wietrze. Miejscowi na kei przyglądali się naszym poczynaniom z zaciekawieniem. Wszystko „letgo”, prawo na burtę i wstecz. Rufa poszła na wiatr i wysunąłem się z pomiędzy pali. Wiatr spychał mnie na jachty po południowej stronie basenu. Lewo na burtę i cała naprzód. Obracając się w lewo o metr, może dwa mijam rufy zacumowanych jachtów. Udało się. Po chwili byłem na środku basenu. Teraz mogłem już sterować do wyjścia. Widziałem jak miejscowi kiwali między sobą głowami, coś komentowali i pociągnęli mocniejsze dymki. Zaraz za główkami mariny stawiamy genuę i z dużą szybkością żeglujemy z wiatrem rutą Sundu. Ten sam prąd, który nas tak hamował w drodze do Helsingoru, teraz gna nas wynagradzając nam poprzednie hamowanie. Na wysokości Ven, którą mijam prawa burtą, osi agamy ponad 8 węzłów, w chwilę potem jeszcze 9 i w końcu odnotowuję rekord „Lobo De Mar” 9,7 węzła! Fantastycznie. Może zdążymy na most w Fasterbo Canal na 19:00, to byłaby szansa zacumować w Gislov o przyzwoitej porze. Na tym rufowym wietrze jacht źle steruje. Muszę usiąść za sterem, aby nami tak nie miotało. Wiatr niemal z północy 20-25 węzłów. Wraz z obniżaniem naszej szerokości wiatr powoli kręci do westu. Kiedy dopadamy mostu jest 19:00. Zgodnie z rozkładem, który jest wyświetlany u podstaw mostu, most powinien się otworzyć. Jesteśmy jedynym jachtem czekającym na otwarcie, które nie następuję. Obracam jacht i cumuję do kei wyczekiwania. Od miejscowej żeglarki, która zadzwoniła na mostową wieżę, dowiadujemy się, że most będzie otwarty za dwie godziny! Wieje bardzo silnie. Jachtem przy kei trochę miota. W pewnym momencie pęka rufowa cuma. Zakładamy nową i mocujmy mocniej jacht. Stąd jest 10 mil do Gislov, może przed północą zacumujemy. Po wyjściu z kanału na Bałtyku dostajemy zachodni wiatr. Gna nas. Do portu wchodzimy po 23:00. Warunki cumowania bardzo trudne. Znakomitą formą i odwagą popisał się Piętaszek wyskakując z dziobu na keję z liną w ręku. To była bardzo trudna operacja cumowania – odpychający wiatr 20 węzłów, ale przebiegła sprawnie i mogliśmy wziąć darmowy tu prysznic i pójść spać. Średnia szybkość na tym przelocie wyniosła 6,1 węzła, podczas żeglugi w odwrotnym kierunku wyszło tylko 3,4 węzła!

160710 LdM 11927 (163) 160710 LdM 11927 (61) 160710 LdM 11927 (56)

Rano wiało jeszcze mocniej niż wieczorem. Nikt z portu nie wychodził. Tuż za nami stał jacht pod czeską banderą i widać było, że też im pilno do wyjścia, ale trochę się bali. Po śniadaniu poszliśmy na spacer zwiedzić okolicę i odwiedzić jedyny tu ogólny sklep, gdzie oferta była bardzo marna. Przeglądam prognozy – idzie ku lepszemu, ale minęło południe i nadal siedzimy na ławeczce przed jachtem, popijamy kawę i naradzamy się nad sytuacją. Aby dotrzymać gdyńskiego ETA należałoby teraz przeskoczyć jednym halsem Bałtyk, czyli przeżeglować noc. W przeszłości mamy za sobą dłuższe przeloty, wiec nie byłby to eksperyment. Podejmujemy decyzję – płyniemy bezpośrednio do Darłowa. Potem już tylko Władek i Gdynia. Chodzimy na falochron portu i oglądamy morze. Wygląda już nieco lepiej. Minęła już 15:00. Wychodzimy. O 16:00 opuściliśmy Gislow kierując się bezpośrednio na Darłowo. Wieje 20-25 węzłów z zachodu. Stawiamy żagle. Jacht z baksztagiem żegluje 6-7 węzłów. Nieprzyjemna fala z rufy utrudni sterowanie, auto-pilot nie wyrabia, jego silniczek pracuje bez przerwy zżerając sporo prądu z akumulatorów. Aby oszczędzić akumulatory na tak długi przelot przechodzę na sterowanie ręczne. Mniej myszkujemy i płyniemy szybciej. Pogoda mocna, żeglarska, wymagająca czujności i starannego prowadzenia jachtu. Piętaszek dba o to żebym miał, co się napić i co zjeść. W piątek, około 09:00, musimy uruchomić silnik dla podładowania akumulatorów, żeby nie padła nam nasza elektronika, która ma swoje limity napięciowe. Popołudniu wiedziałem już, że nam się udało przelecieć Bałtyk w bardzo dobrym czasie. O 14:30 jesteśmy w awanporcie Darłowa, gdzie czekamy pół godziny na otwarcie mostu. Około 15:00 cumujemy w skromnej, ale bardzo miłej, życzliwej i dobrze serwisowanej marinie. Przeskoczyliśmy niemal 130 Mm w nieco ponad 22 godziny. To znakomity wynik dla takiego jachtu jak nasz. To blisko 6 węzłów średniej szybkości! Byłem zmęczony, ale szczęśliwy, choć za sterem przestałem ponad 14 godzin. Biorę gorący prysznic i padam na koję. Musze się trochę przespać. Piętaszek przynosi od rybaków wspaniałe świeżutkie dorszowe filety i budzi mnie na doskonały obiad. Wieczorem idziemy na spacer do Darłówka, gdzie dostaję w nagrodę za to nocne przejście znakomite lody. Nad Darłowem przelatują szybko deszczowe chmury, skrapiają ziemie i znów jest ładnie. Przed snem wypijam szklaneczkę whisky do dobrej fajki – odpoczywam. Jutro kolejny dzień walki o dobre gdyńskie ETA.

160710 LdM 11927 (166) 160710 LdM 11927 (187) 160710 LdM 11927 (176)

Z otwarciem mostu o godzinie 10:00 opuszczamy Darłowo. Silnie wieje z NW-u. Wyjście z portu jest niezwykle spektakularne. Silny wiatr wzbija wysoki przybój i jacht raz po raz pokazuje kibicom na falochronie swoje dno. Szkoda, że tego nie mogłem sfilmować. Piętaszek był trochę przerażony, ale wszystko poszło dobrze i szybko znaleźliśmy się poza przybojem. Poligony nr. 6a i 6 były w sobotę zamknięte, wiec mogliśmy pójść najkrótszą drogą wzdłuż polskiego wybrzeża. Wiatr nas gnał (WNW 5-6ºB), więc była jeszcze nadzieja, że Władysławowo dopadniemy jeszcze przed północą. Na logu dłuższy czas utrzymywało się 6 do 7 węzłów. Z radością powitałem latarnię Rozewie, która kiedyś przed laty, w latach 60 i 70, zawsze budziła w nas radość, kiedy wracaliśmy do domu z Labradoru i płynęliśmy od Bornholmu kursem 102. Minęła 23:00 kiedy sterowałem już na główki wejściowe portu. Ponad 86 mil od Darłowa przepłynęliśmy w nieco ponad 13 godzin. Średnia prędkość przelotu to 6,4 węzła – rekord rejsu. Szybko idziemy spać. Zaplecze sanitarne Władysławowa jest chyba najgorszym na naszym wybrzeżu, więc z niego nie korzystamy.

160710 LdM 11927 (196) 160710 LdM 11927 (171) 160710 LdM 11927 (102)

Rano w niedzielę nie musimy się spieszyć. Gdynia jest w zasięgu 6 godzin żeglugi. Piętaszek idzie do kościoła a ja z Tolkiem na długi spacer. Na śniadanie mamy świeże bułeczki i oczywiście wspaniałe ryby w różnych postaciach. Opuszamy Władysławowo po 11:00. Wiatru już niema. Wieje słaba bryza od morza. Na tym ostatnim odcinku musimy podeprzeć się silnikiem aby być na 17:00 w Gdyni. Zgłosiliśmy dzieciom tą godzinę, jako czas przybycia. Byliśmy na resztkach paliwa i już na Zatoce silnik się zakrztusił – złapał na kiwaniu powietrze. Musiałem sięgnąć do żelaznej rezerwy, którą woziłem na rufie – dolałem 20 L i spokojnie dotarliśmy do Gdyni. Cumowaliśmy dokładnie o 17:00. Na pokład w Gdyni wszedł Komitet Powitalny w składzie: Marysia, Marcin, ich przepiękna Zuzanna i Katarzyna z Londynu. Było nam bardzo miło. Rejs zakończył się pełnym sukcesem. Przebyliśmy 663 Mm ze średnią szybkością 5,1 węzła! Byliśmy w 10 portach i obejrzeliśmy to, co było naszym celem. W dwie godziny po zacumowaniu, każde z nas było już w swoim domu. Jutro pracowity poniedziałek.

Kapitan LOBO

CZARNY DIAMENT NA BAŁTYKU

Wagabunda i BezanPOWRÓT „CZARNEGO DIAMENTU”

Kapitan Jerzy Radomski wraca z wokółziemskiej wyprawy.Yacht Klub Rzeczypospolitej Polskiej Świnoujście zaprasza 23 lipca, o godzinie 20 na spotkanie z kpt. Jerzym Radomskim, który właśnie kończy drugą wokółziemską wędrówkę.Pierwszy rejs kapitana, trwający 32 lata – najdłuższy w historii polskiego żeglarstwa, zakończył się w Świnoujściu 27 czerwca 2010 r. Drugą wyprawę dookoła świata, ponownie na jachcie „Czarny Diament”, kpt. Radomski  rozpoczął 16 września 2012 r. W tej chwili jest już na Bałtyku, coraz bliżej domu.Jerzy Radomski urodził się 22 lipca 1939 r. Elektryk z wykształcenia. Jest kapitanem jachtowym, instruktorem żeglarstwa, płetwonurkiem, alpinistą. Dwukrotnym laureatem nagrody Rejs Roku – Srebrny Sekstant (1995 i 2010 r.). Ma także na koncie nagrodę Conrady – Indywidualności Morskie w 2008 r.

Spotkanie z kapitanem odbędzie w tawernie w porcie jachtowym w Świnoujściu.

Żeglarski.info

MORSKIE POZEGNANIE

MORSKIE POŻEGNANIE

Hans Peter KLAGES, 45-y rocznik, myśleliśmy, że jeszcze spotkamy się nie raz. Serce jednak powiedziało dość i Peter odszedł niespodziewanie na „ostatnią wachtę”. Pozostawił w żalu nie tylko rodzinę, ale też bardzo wielu przyjaciół i żeglarzy. Należał do rodziny „oldtimerów”, ludzi, którzy w starych żaglowcach widzieli piękno i swój świat. Z dużą starannością eksploatował swój gaflowy kecz „KNUDEL”, który pięknie się komponował przy falochronie gdyńskiej mariny. Był świetnym kompanem i żeglarzem, który uczestniczył w bardzo wielu żeglarskich imprezach, zlotach żaglowców tak w Polsce jak i za granicą. Mieszkał od lat w Polsce, gdzie prowadził swoje interesy i mimo, że jego jacht nosił niemiecką banderę, nikt nie myślał o nim jak o obcym. Kiedy dowodziłem „Bryzą H” często spotykaliśmy się na morzu czy w portach. Zawsze życzliwy, miły i pomocny. Wielokrotnie użyczał swojego jachtu tym, którzy swoich bliskich chcieli pochować w morzu. W miniony poniedziałek w południe, na falochronie gdyńskiej mariny, przy burcie jachtu „KNUDEL”, zebrała się spora grupka rodziny, przyjaciół i żeglarzy, aby pożegnać Petera, jak go większość nazywało. Przybyły kapłan wygłosił okolicznościową mowę, którą uzupełnili przyjaciele i wszyscy przybyli zaokrętowali się na pokład „Knudla” i „Bryzy H”, z której właścicielem Waldemarem Heislerem Peter był, zaprzyjaźniony, a która na tę okoliczność zacumowała w Gdyni. Wyszliśmy na Zatokę. Razem z Cezarym, moim przyjacielem, na pokładzie „LOBO DE MAR”,  towarzyszyliśmy ostatniej drodze Petera. Za nami podążała „BRYZA H”. Kilka mil od Gdyni stanęliśmy w dryfie. Z pokładu „KNUDLA”, przy akompaniamencie trąbki i dzwonu okrętowego, rozsypano prochy Petera na morzu. Potem posypały się na wodę kwity i wieńce. Jachty poczęły zataczać kręgi wokół miejsca morskiego pochówku wspaniałego człowieka, przyjaciela i żeglarza. Niech mu latarnią na ostatniej wachcie będzie nasza pamięć i wspomnienia jego osoby w żeglarskich tawernach.

Kapitan LOBO

ALBUM Z POŻEGNANIA MORSKIEGO >>>

http://pl.fotoalbum.eu/POSEJDON/a871550

 

SAILBOOK CUP 2016

Sailbook Cup 2016

W sobotę, 16 lipca ruszyła szósta edycja długodystansowych regat Sailbook Cup 2016. Z sopockiej mariny do Visby (Szwecja) wystartowało niemal 40 jachtów. Sailbook Cup to jedne z najdłuższych regat rozgrywanych na Morzu Bałtyckim – załogi muszą pokonać ponad 600 mil morskich, mierząc się tym samym z Gotlandią i Gotska Sandön. W rywalizacji udział biorą jachty o długości od 5 m (Atom) do 20,25m (Barnaba) Ściga się też flagowy jacht gdyńskiego klubu Yacht Klub Stal – Copernicus, zbudowany specjalnie na pierwsze wokółziemskie regaty Whitbread Round The World Race w 1973 roku, w których zajął 11-ste miejsce po 49 dniach i 23 godzinach walki.

– W tym roku zgłosiło się 39 załóg, ale dwie z nich zostały zatrzymane z powodu niekorzystnych warunków pogodowych, jakie panowały kilka dni temu na Pomorzu – w sumie wypłynęło około 200 uczestników – poinformowała w rozmowie z Portalem Morskim jedna z organizatorek, Dobrochna Nowak.

W uroczystości otwarcia regat udział brali m.in. Jerzy Wcisła, senator IX kadencji z ramienia PO z okręgu wyborczego w warmińsko-mazurskim, Krzysztof Czopek – dyrektor Departamentu Infrastruktury w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Pomorskiego oraz Jacek Karnowski – prezydent Sopotu.

– Cieszę się, że te regaty rozkwitają i jednocześnie nie ukrywam radości z udziału, bo jedną z idei jest to, aby Warmię i Mazury [red. Jerzy Wcisła został senatorem w okręgu wyborczym obejmującym miasto Elbląg oraz powiaty: bartoszycki, braniewski, elbląski i lidzbarski] odbierano jako rejon związany także z żeglarstwem morskim i wiem, że nasi zawodnicy też tutaj startują – powiedział podczas otwarcia regat Jerzy Wcisła. – Godnym podziwu jest także fakt, że Wy, uczestnicząc w tym przedsięwzięciu, ścigacie się na morzu, walczycie o jak najlepsze pozycje, z przeciwnościami i jednocześnie realizujecie cele szlachetne, ratujecie komuś życie – dodał.

W 2015 roku regaty odbyły się pod hasłem „Płynę dla Leo” wraz z ambasadorką regat – aktorką Moniką Kwiatkowską i fundacja Zdejmij Klątwę zbierano fundusze dla osób chorych na zespół wrodzonej ośrodkowej hipowentylacji. W tym roku chętni mieli okazję zarejestrować się do bazy potencjalnych dawców komórek macierzystych Fundacji DKMS.

Sailbook Cup rozgrywane są od 2011 roku, ale zaczęło się od bardziej towarzyskich regat.

– Tegoroczne regaty różnią się od poprzednich przede wszystkim jakością – przyznaje Dobrochna Nowak. – Co roku dodajemy coraz więcej gadżetów, m.in. tracker satelitarny YellowBrick, w który wyposażyliśmy wszystkie jachty. Dzięki temu możemy śledzić on-line ich aktualną pozycję. W historii regat przedłużyliśmy także trasę – w tym momencie uczestnicy do pokonania mają ponad 600 mil – dodała.

Jak dowiedzieliśmy się podczas rozmowy, regaty o puchar ścigają się dwie klasy – KWR – o srebrny puchar „sailsbooka” i klasa ORC – o puchar Senatora Jerzego Wcisły.

– Pierwszych jachtów spodziewamy się w czwartek lub piątek rano – dodała Dobrochna Nowak. – Rejs na Gotlandię zajmie załogom około półtora do dwóch dni, skąd, po postoju technicznym, w środę wieczorem wypłyną Sopotu – dodaje.

Niektórzy zawodnicy, po przekroczeniu mety, płynąć będą już do swoich portów. Oficjalne zakończenie regat odbędzie się jesienią.
 

AL, rel (SailBook Cup 2016)

ZAWISZA CZARNY

JUBILEUSZ „ZAWISZY CZARNEGO”

Szkuner sztakslowy Zawisza Czarny jest żaglowcem należącym od lat 60. ubiegłego wieku do Związku Harcerstwa Polskiego. Kontynuuje on tradycję swojego wielkiego poprzednika, drewnianego żaglowca o tej samej nazwie, który od 1935 roku, pod komendą legendarnego wychowawcy żeglarzy generała Mariusza Zaruskiego, pełnił służbę dla młodzieży harcerskiej. Prawie każdy doświadczony polski żeglarz przeszedł przez pokład Zawiszy. Atmosfera, która wytwarza się w rejsach gwarantuje niezapomniane morskie przeżycia i przyjaźnie, które potrafią przetrwać dziesięciolecia. Zawisza Czarny został przebudowany w latach 1960/61 z rybackiego lugrotrawlera typu B-11 o nazwie Cietrzew, który został wycofany z eksploatacji pod koniec lat 50. W ramach przebudowy prowadzonej systemem gospodarczym zdemontowano urządzenia połowowe, obniżono i zmieniono pokładówkę, dodano podstępkę balastową, postawiono trzy maszty i otaklowano jacht jako szkuner sztakslowy; w dawnej ładowni urządzono pomieszczenia mieszkalne. Pierwszym kapitanem drugiego Zawiszy Czarnego był legendarny podwodniak, kmdr Bolesław Romanowski, wspominany po dziś dzień z dużą estymą przez najstarszych Zawiszaków. Imię statku nie zostało wybrane przypadkowo: nosząc imię Zawiszy Czarnego – polskiego rycerza, bohatera bitwy pod Grunwaldem, będącego wzorem wszelkich cnót rycerskich, słynącego z odwagi i dotrzymywania danego słowa – dowiódł, że jest godny nosić to niezłomne imię. W roku 1984, w czasie regat atlantyckich, Zawisza Czarny wsławił się przeprowadzeniem brawurowej akcji ratowniczej w bardzo trudnych warunkach pogodowych w rejonie Bermudów, ratując część załogi żaglowca Marques, który zatonął tam w niespodziewanym i niezwykle gwałtownym szkwale. Załoga Zawiszy wykazała się odwagą i odpowiedzialnością w warunkach bardzo silnego wiatru i wysokiego stanu morza ratując rozbitków i poszukując kolejnych ofiar. Na Bermudach po udanej akcji ratunkowej witano ich jak bohaterów. Załoga Zawiszy otrzymała za tę akcję nagrodę Komitetu Olimpijskiego Fair Play. Podczas swoich rejsów odwiedził wszystkie kraje nad Bałtykiem i Morzem Północnym, wielokrotnie żeglował po wodach Morza Śródziemnego i Oceanu Atlantyckiego. W latach 1989 – 1990 opłynął świat w wieloetapowej wyprawie. W 1992 roku „Zawias” uczestniczył w obchodach 500-lecia odkrycia Ameryki Columbus’92. W 1994 roku po raz kolejny przeżeglował Wielkie Jeziora Amerykańskie. W latach 1996 – 1999 był nieprzerwanie w rejsie, przez trzy i pół roku odbył między innymi Wyprawę dookoła Ameryki Południowej, gdzie uczestniczył w Światowym Zlocie Skautów w Chile, dwukrotnie opłynął Przylądek Horn oraz odwiedził polską stację badawczą im. H. Arctowskiego na wyspie Króla Jerzego na Antarktydzie. W swych rejsach Zawisza, tak jak jego poprzednik, realizuje cele statutowe harcerstwa. W 2000 r. na przykład były to Rejsy Pokoju z międzynarodową załogą, z młodzieżą państw ogarniętych konfliktami zbrojnymi na Bliskim Wschodzie. Od 2006 roku Zawisza uczestniczy w programie Zobaczyć Morze, a od 2011 roku rokrocznie Zawiszą harcerze przewożą Betlejemskie Światło Pokoju dla skautów z Bornholmu i Karlskrony. W ostatnich latach kontynuuje swoją misję nie tylko w rejsach harcerskich a także w rejsach dla organizacji związanych z wychowaniem morskim, dla szkół i klubów żeglarskich. W roku 2012 w uznaniu roli jaką Zawisza Czarny odegrał w morskim wychowaniu młodzieży, podczas 50 lat morskiej służby, otrzymał on prestiżową nagrodę polskiego żeglarstwa – Nagrodę Specjalną Rejsu Roku 2011.

Z okazji 55 rocznicy podniesienia bandery na harcerskim żaglowcu jego armator Fundacja Harcerstwa Centrum Wychowania Morskiego ZHP zorganizował w sobotę 25 czerwca wyjątkowy koncert Męskiego Chóru Szantowego Zawisza Czarny. Koncert był nietypowy, gdyż scenę dla chórzystów stanowił pokład Zawiszy Czarnego, tłem był gdyński port i czarne burzowe chmury a koncert zakończyła potężna ulewa.

Żródło: PORTAL MORSKI

KAPITANOWIE

KAPITANOWIE

  

Nareszcie doczekałem się upamiętnienia wybitnych Ludzi Morza, wychowawców bardzo wielu znakomitych kapitanów. 17 czerwca na Nabrzeżu Pomorskim, od którego odpływał w swe rejsy szkolny trawler burtowy „Jan Turlejski”, odsłonięta została tablica ku czci legendarnego kapitana ż.w. r.m. Wiktora GORZĄDKA, wieloletniego dowódcy tego statku. Słowo o Kapitanie powiedział red. Aleksander GOSK a odsłonięcia tablicy dokonali JM rektor Akademii Morskiej w Gdyni prof.zw. dr hab. Piotr Jędrzejowicz oraz przewodniczący Stowarzyszenia Kapitanów Żeglugi Wielkiej kpt.ż.w. dr Andrzej Królikowski. W uroczystości, obok władz Akademii Morskiej w Gdyni, wzięli udział członkowie SKŻW, w tym wielu wychowanków kapitana Wiktora Gorządka. Zaraz po uroczystości na nabrzeżu wszyscy przenieśli się do holu budynku Wydziału Nawigacyjnego AMG, gdzie odsłonięto popiersie wybitnego marynisty, marynarza, wychowawcy kadr morskich –  kapitana ż.w. Karola Olgierda Borchardta. Właśnie w tym gmachu, prowadził przez lata wykłady z astronawigacji. Odsłonięcia popiersia dokonał dziekan wydziału nawigacyjnego AM, dr hab. inż. kpt. ż.w. Adam Weintrit, prof. AMG.  Rzeźba stanowi depozyt Muzeum Miasta Gdyni.  Wśród gości było bardzo wielu kapitanów, którzy swój kunszt zawodowy zawdzięczają dziś upamiętnionym.  Ja też jestem wychowankiem obu tych kapitanów i obaj, zawsze byli i są po dziś dzień moimi autorytetami i których nauki pamiętam, stosowałem i stosuję w swoim morskim życiu.  Z kapitanem Wiktorem Gorządkiem odbyłem wiele rejsów na szkolnym statku a u kapitana Karola Borchardta brałem nauki z astronawigacji i pisałem pracę dyplomową ocenioną przez kapitana bardzo dobrze. Obaj kapitanowie są bohaterami kilku moich opowiadań, Kapitan Gorządek zaistniał w opowiadaniach ”Bank d’Arguin” i „Casablanca” a kapitan Borchardt jest bohaterem wspomnień „Zapach morza” i „Na krawędzi”, które były drukowana przed laty w miesięczniku MORZE. Te trzy ostatnie opowiadania można znaleźć w drugim tomie książki „FALAMI PISANE” wydanej pod koniec maja przez Stowarzyszenie Kapitanów Żeglugi Wielkiej. O każdym z tych kapitanów krążą wśród ludzi morza legendy i wspomnienia i o każdym z nich można by zrobić film. O kapitanie Borchardzie już jest („Karol Olgierdt Borchardt – Kapitan własnej duszy” – Michał Dąbrowski), ale kapitan Gorządek czeka na swojego reżysera.

  

Kapitan LOBO

X REGATY o PUCHAR MARINY

PUCHAR GDAŃSKIEJ MARINY

Jubileuszowe, X Regaty o Puchar Mariny rozegrane w dniach 11-12 czerwca 2016 r. przyciągnęły 39 jednostek, których załogi przez dwa dni rywalizowały na wodach Zatoki Gdańskiej. Wystartowali w nich zarówno amatorzy, jak też doświadczeni i zaprawieni w regatowych bojach żeglarze. Regaty zaliczane były do cyklu Pucharu Południowego Bałtyku 2016 oraz Pucharu Zatoki Gdańskiej 2016 i obejmowały klasy: ORC Club, KWR oraz OPEN. Pierwszego dnia warunki pogodowe znacząco uatrakcyjniły rywalizację. Mocno powiało i zafalowało, przez co załogi musiały wykazać się sporym doświadczeniem i nierzadko sprytem. Odbyły się dwa biegi, w tym jeden długi, 15-milowy, w którym jachty wyszły dalej na zatokę, by rywalizacja nabrała więcej pełnomorskiego charakteru. W niedzielę zaś, w zupełnie innych, znacznie spokojniejszych warunkach, rozegrany został jeden krótki wyścig. W grupie ORC Club najlepsza okazała się Czarodziejka (JKM Gryf Gdynia) dowodzona przez kpt. Tomasza Konnaka. Mimo, że nie wygrali żadnego z trzech wyścigów, regularne pływanie dało im zwycięstwo nad drugim Dużym Ptakiem (kpt Krzysztof Paul z AKM) oraz Quick Livenerem (kpt Jacek Zieliński z Polskiego Klubu Morskiego). – W sobotę dostaliśmy w kość, bo rzeczywiście fale były duże. Zmęczeni wszyscy, bo takie warunki, ale tak też bywa. Dziś za to przyjemne, ale trzeba było się mocno sprężać, żeby zająć dobre miejsce. W ostatnim wyścigu przegraliśmy tylko o 4 sekundy z Dużym Ptakiem. Jego załoga jest zawsze trudnym rywalem, bardzo dobrze pływają w każdych regatach. Trzecie, drugie i drugie miejsce tym razem wystarczyło do zwycięstwa – mówił po zakończeniu regat kpt Konnak. W klasie OPEN zwyciężyła rosyjska załoga Blagadarnost’2 (kpt Sergei Pavlenko), najlepsza w 2 z 3 biegów. Drugie miejsce zajął Bigger Johnka (kpt Konrad Smoleń z YKP Gdynia). Miejsce na podium uzupełniła załoga jachtu Vihuela (Eugeniusz Ginter z CSW OPTY Ustka). Klasę KWR wygrał Goodspeed (kpt Łukasz Trzciński) przed załogą Eljacht (kpt Jerzy Jankowski z JK Stoczni Gdańskiej) oraz Lotisem (kpt Mieczysław Trzpis z YK Stoczni Gdańskiej). Najlepsze załogi, oprócz pucharów, otrzymały nagrody rzeczowe oraz vouchery ufundowane przez sponsorów regat. Dodatkową atrakcją regat, nie tylko dla ich uczestników, był sobotni koncert szantowy w Marinie Gdańsk. Integracyjny wieczór żeglarski jest od początku jedną z tradycji tej imprezy.

rel (Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji w Gdańsku)

KAPITAŃSKI OBIAD

KAPITAŃSKI OBIAD
Każde Stowarzyszenie ma swoje tajemnice, obyczaje i tradycje, które są charakterystyczne dla środowiska, jakie reprezentuje. Jednym z bardziej znanych i mających duże znaczenie dla Wybrzeża jest niewątpliwie Stowarzyszenie Kapitanów Żeglugi Wielkiej z Gdyni, które ma niemały dorobek na rzecz Kultury Morskiej i zachowania tradycji i obyczajów ludzi morza. Kapitanowie spotykają się w każdy wtorek na swojej historycznej fregacie „Dar Pomorza” lub po sąsiedzku w auli Wydziału Nawigacyjnego Akademii Morskiej, gdzie rozprawiają o sprawach środowiska i społeczności Trójmiasta. Kapitanowie spotykają się z wybitnymi ludźmi naszego wybrzeża czerpiąc od nich widzę dotyczącą aktualnych problemów gospodarki morskiej. Wnoszą też ważki głos, jeśli o opinie kapitanów są zagabywani. Raz w roku, w czerwcu, przed wakacyjną przerwą, kapitanowie spotykają się w Akademii Morskiej na t.zw. Kapitańskim Obiedzie. Spotkanie, na które są często zapraszani znaczący goście i kapitanowie honorowi Stowarzyszenia, poświęcone jest swoistemu podsumowaniu pierwszego półrocza działalności. W tym roku kapitanowie gościli Rektora AM prof. zw. dr hab. Piotra Jędrzejowicza i Dyrektora Narodowego Muzeum Morskiego, honorowego członka Stowarzyszenia dr inż. Jerzego Litwina. Podczas uroczystego obiadu, wieloletnim zwyczajem, uhonorowano seniorów Stowarzyszenia wręczając im plakietki seniora i okolicznościowe dyplomy za 75, 80 i 85 lat. Za najważniejsze wydarzenia minionego czasu uznano wydanie drugiego tomu kapitańskich wspomnień, zebranych przez kpt. Tomasza Sobieszczańskiego „FALAMI PISANE 2”, książki kpt. Leszka Góreckiego „DZIEJE SKŻW” i „BITWY MORSKIE W FILATELISTYCE i MALARSTWIE” autorstwa kpt. Mirosława Proskurnickiego. Podsumowujące półrocze spotkanie kapitanów minęło, jak zawsze, w miłej gawędziarskiej atmosferze. Spotkamy się we wrześniu – czas na letni odpoczynek.

   

Kapitan LOBO

W POGONI ZA WIDNOKRĘGIEM

Bartek Czarciński wyruszył w rejs dookoła świata!

 Jestem w doskonałej kondycji i w świetnym nastroju – powiedział chwilę przed wyruszeniem w samotny rejs dookoła świata kpt. Bartek Czarciński. W sobotę, 4 czerwca, pochodzący z Kalisza żeglarz na jachcie „Perła” rozpoczął wyprawę, która ma potrwać 350 dni.

W przystani „Delphia” w Górkach Zachodnich, Bartek podziękował rodzinie za wsparcie. Dziękował też wszystkim, którzy byli bezpośrednio zaangażowani w przygotowania do rejsu. Nie zabrakło słów wdzięczności dla innych doświadczonych żeglarzy wspierających 29-letniego kapitana poradami przydatnymi przy budowie „Perły” i tymi, które z pewnością przydadzą się podczas samotnej żeglugi.

Na kei żegnało śmiałka ok. 100 osób, a na wodzie asystowało mu przy wyjściu z przystani kilkanaście jachtów. „Perła” nie ma silnika, jacht będzie płynął wyłącznie dzięki sile wiatru. Jego budowa trwała sześć lat. To lekka, nieskomplikowana w obsłudze jednostka z kompozytu, żywicy poliestrowej i tkanin szklanych. Czarciński będzie kontaktował się ze światem zewnętrznym drogą satelitarną i poprzez internet.

Ideą rejsu jest podążanie śladami Henryka Jaskuły, pierwszego Polaka i trzeciego w historii żeglarza, który samotnie okrążył glob w latach 1979-80 na jachcie „Dar Przemyśla”.

Strona rejsu

ŹRÓDŁO:  żeglarski.info

ŻEGLARSKI PUCHAR TRÓJMIASTA

Czwarta edycja trójmiejskich regat zainaugurowana zostanie 27 maja w ramach Święta Miasta Gdańska. Załogi zgłoszone do regat zacumują w przy Wyspie Spichrzów i w Marinie Gdańsk. Motława zaroi się od masztów, bowiem na cztery dni przed zamknięciem listy startowej do udziału w Żeglarskim Pucharze Trójmiasta zgłosiło się już ponad 80 załóg. Rozpoczęcie tegorocznej edycji regat zbiega się z obchodami Święta Miasta Gdańska i to właśnie uroczyste otwarcie Żeglarskiego Pucharu Trójmiasta da początek dwudniowej celebracji. 27 maja, o godz. 20.15 na Targu Węglowym rozpoczęcie regat ogłosi Bogusław Witkowski Prezes Pomorskiego Związku Żeglarskiego – organizatora wydarzenia. Chwilę później Robert Janowski zaprosi na Finał Plebiscytu TOP20. W sobotę około o godz. 11.00 warto wybrać w okolice molo w Brzeźnie, aby obserwować start załóg do pierwszego wyścigu czwartej edycji regat – wyścigu o Puchar Prezesa Zarządu Morskiego Portu Gdańsk SA. Po pierwszym dniu sportowej rywalizacji na wodzie, załogi przeniosą się do Gdyni, gdzie będzie miało miejsce podsumowanie pierwszych wyników. Kolejne wyścigi będzie można natomiast podziwiać z Bulwaru Nadmorskiego w Gdyni, a w niedzielę z sopockiego molo, gdzie odbędzie się dekoracja zwycięzców. Zapowiada się weekend pełen sportowych emocji, bo jak pokazują minione edycje rywalizacja na wodzie, szczególnie na początku sezonu potrafi być bardzo zacięta, a o wyniku nierzadko decydują ułamki sekund. Gospodarzami imprezy są miasta Gdańsk, Gdynia i Sopot. Tegoroczna edycja regat została włączona do cyklu Regat pod patronatem Przewodniczącego Rady Miasta Gdyni o Żeglarski Puchar 90-lecia Gdyni. Regaty otwierają także cykl Pucharu Bałtyku Południowego na Zatoce Gdańskiej.

Program:

czwartek, 26 maja

godz.: 9 – odprawa przed treningiem „North Sails Go 4 Speed” (Pawilon Informacyjny Granaria Development Gdańsk, Wyspa Spichrzów)
godz.: 10 – otwarcie Biura Regat (Pawilon Informacyjny Granaria Development Gdańsk, Wyspa Spichrzów)
godz.: 12-16 – trening „North Sails Go 4 Speed” w okolicy molo w Brzeźnie
godz.: 17.30 – analiza treningu „North Sails Go 4 Speed” (Pawilon Informacyjny Granaria Development Gdańsk, Wyspa Spichrzów)
godz.: 19 – zakończenie zapisów w Biurze Regat (Pawilon Informacyjny Granaria Development Gdańsk, Wyspa Spichrzów).

piątek, 27 maja

godz.: 10 – otwarcie Biura Regat (Pawilon Informacyjny Granaria Development Gdańsk, Wyspa Spichrzów)
godz.: 13 – start do wyścigu próbnego w okolicy molo w Brzeźnie
godz.: 18.30 – zakończenie zapisów do w Biurze Regat (Pawilon Informacyjny Granaria Development Gdańsk, Wyspa Spichrzów)
godz.: 19-20 – przywitanie zgłoszonych załóg oraz odprawa dla sterników przed rozpoczęciem regat (Pawilon Informacyjny Granaria Development Gdańsk, Wyspa Spichrzów)
godz.: 20:15 – otwarcie regat w ramach Święta Miasta Gdańska (scena na Targu Węglowym).

sobota, 28 maja

godz.: 11 – start do pierwszego wyścigu – wyścigu o Puchar Prezesa Zarządu Morskiego Portu Gdańsk S.A., w okolicy molo w Brzeźnie
ok. godz. 17.30 – spłynięcie do Mariny Gdynia – basenu jachtowego im. Mariusza Zaruskiego
godz.: 18.30 – „North Sails Coaching” – praktyczne porady i analiza wyścigów
godz.: 19.30 – rozpoczęcie imprezy żeglarskiej dla załóg (Browar Port Gdynia).

niedziela, 29 maja

godz.: 10 – start do pierwszego wyścigu
godz.: 13 – spłynięcie do Mariny Sopot
godz.: 14-15 – ceremonia wręczenia nagród i oficjalne zamknięcie regat w Marinie Sopot.

Informacja prasowa