ŻEGLARSKI START

170523

NOWY SEZON 

Bardzo zaniedbałem notatki z mojego żeglarskiego życia.  Nie, nie, to nie z lenistwa a raczej z nadmiaru obowiązków jakie na siebie wziąłem.  Po prostu brak mi czasu na moje prywatne sprawy.  Niemal codziennie obiecuję sobie, że coś o naszym jachcie napiszę, ale kiedy kończę inne sprawy dnia, okazuje sie, że już północ dochodzi i kładę sie do koi. Ale przejdźmy na pokład „LOBO DE MAR”. Mini informacje są na jego temat na Facebook’u, ale to tylko fotki i krótkie komentarze.  Studenci, jak co roku, wypolerowali mi jacht i przygotowali do wodowania. Malować w tym roku podwodnej części nie musiałem. Zeszłoroczne malowanie okazało sie tak dobre, że rozrzutnością byłoby powlekać kadłub nową farbą. We wtorek, 25 kwietnia  o 16:00 godzinie jacht LOBO DE MAR spłynął na wodę.  W wodowniu8 pomógł mi bosman z „Gryfu”. Nawet nie wiem jak ma na imię, ale bardzo miły człowiek i serdecznie mu dziękuję.  Z mojej studenckiej załogi nie mogłem skorzystać, ponieważ wodowanie odbywało się w czasie szkolnych wykładów .  Silnik zaskoczył bezbłędnie i w chwile po wodowaniu cumowałem na swoim stałym wykupionym w marinie miejscu na pomoście „J”.

Teraz można juz było zająć się porządkami wewnątrz jednostki.  Ogarnąłem jacht na tyle żeby można było już pożeglować i w weekend kończący kwiecień i zaczynający maj  popłynęliśmy z Piętaszkiem do Helu , naszego ulubionego weekendowego miejsca.  Byliśmy na rybce w naszej „Izdebce” i na długim spacerze z „Tolkiem”, który uwielbia plaże.  Cypel helski nieco zmienił swoja topografię wydłużając się w kierunku wschodnim w sposób widoczny nawet dla tych, którzy tu bywają rzadko.  Wschodnia plaża jest większa o kilkadziesiąt metrów. Do Gdyni wróciliśmy 1-go maja wieczorem i już w Marinie zjedliśmy dobą obiadokolację. Pierwszy, testowy inauguracyjny rejs owego sezonu mieliśmy za sobą. Całą powrotną drogę rozmawialiśmy o sezonowych planach, których idea powstała jeszcze w minionym sezonie – wybieramy sie do Oslo!.

W związku z takimi planami trzeba nasz jacht starannie przygotować. Jest co robić i są wydatki!  Musimy wymienić pompę wody, która się już zestarzała i nie działa w automacie, trzeba też zainstalować nowa pompę zęzową pod salonem. Trudniejsze prace techniczne zawsze pomaga mi wykonać, nasz przyjaciel „Zwierzak”, który jest „złotą rączką ”  jachtowa  i nasz jacht jest pod względem technicznym pod jego przyjacielską opieka – wielkie dzieki. Poprzednio kupione okazały się niewartym ceny szmelcem. Potrzebne trochę nowych lin i przydały by sie ze dwa nowe odbijacze – stare nie trzymają juz powietrza. Trzeba jeszcze polakierować hand-relingi  i odświeżyć drewno wewnątrz jachtu. Nawał prac zbiega sie trochę z dużą ilością zajęć poza jachtowych, tak w Szkole (sesja), jak i w Stowarzyszeniu, które w czerwcu będzie obchodzić czterdziestolecie. Mam nadzieję, że się wyrobię, ale łatwo nie będzie.

Kolejny rejs był już z dużą załogą. Na pokład przybyli moi studenci, którzy wcześniej pomagali mi w przygotowaniu jachtu. Była piątka: trzy dziewczyny i dwóch chłopaków.  Pomogli mi w założeniu grota. Szkoda, że  nie było wiatru. postawiliśmy wprawdzie żagle, żeby młodzież zobaczyła jak to sie robi na takim jachcie. Był to ich pierwszy kontakt z żeglowaniem. Tylko jeden z nich – Maciej – wcześniej żeglował.  Snuliśmy sie po Zatoce 2-3 węzły bez żadnych ekstremalnych efektów. Może i dobrze się stało, nie miałem pewności co do ewentualnego samopoczucia mojej świeżej  załogi przy ostrzejszym wietrze i falowaniu.  Razem z Załogą zjedliśmy na Helu w naszej „Izdebce” wspaniałe ryby. Ja tradycyjnie,  jeśli nie jem dorsza to zawsze , jak jest, biorę stek z rekina – bardzo mi maskuje. Wszyscy byliśmy z dnia bardzo zadowoleni. Wieczorem wybrałem sie z Piętaszkiem do „Morgana” na piwo i posłuchać szant.  Zawsze tam pełno żeglarzy i znajomych, gwarno i wesoło. W takim miejscu zimne piwo z kufla smakuje  wyjątkowo.

Wieczorem mieliśmy gości na jachcie. Zawinął do Helu nasz zaprzyjaźniony jacht  ” Magnus Nord” z Krzysiem i Renatka na pokładzie. W zeszłym sezonie pożyczyli ode mnie  mapę i locję północnego Bałtyku i przyszli to zwrócić.  Wrócili z rejsu cło i szczęśliwie, ale mieli poważne kłopoty.  Silny sztorm, utrata wanty i spłukało im tratwę ratunkową.  W sztormowych warunkach wracali do domu. Popijając „cuba-librę” wspominali trudny rejs  aż do północy.

Trzeci rejs do Helu minął pod znakiem wspaniałego żeglowania. Studenci, zajęci sesją’ nie mieli tym razem czasu z nami pożeglować. Wiało ostro – 20-24 knoty. Pod dwoma żaglami , w silnym przechyle przy półwietrze szliśmy  ok 6węzłów.  Było pięknie.  Na Helu poszedłem sie w końcu wykąpać.  Zawsze kapałem się dużo wcześniej, ale w tym roku niedawno była jeszcze zima.

Załoga LOBO DE MAR na Helu

Woda była wyjątkowo  zimna, nawet jak dla mnie. Wziąłem do wody „Tolka” aby też się przepłukał.  Ręce mi zdrętwiały z zimna i musiałem wyjść z wody.  Poszliśmy na spacer na morska stronę Helu, ale na plaży nie dało sie spacerować – tak silnie wiało. Powrót do Gdyni był tez pod znakiem  szybkiej żeglugi. Tym razem  nie stawialiśmy już grota, gdyż na samej genui robiliśmy 6 węzłów.

Jacht powoli zaczyna nabierać morskiego charakteru . Trochę zaopatrzenia i będziemy gotowi. Muszę jeszcze zrobić przegląd silnika i są jakieś techniczne kłopoty z bow-sterem – coś tam zgrzyta nieprzyjemnie – trzeba sprawdzić .  Ważnym jest to, że wszystkie pompy działają sprawnie .

Zobaczymy, co czas przyniesie. Mam nadzieję, że ten sezon, jak i poprzednie, bedziemy miło wspominać.

SPOTKANIE Z HAMLETEM

SPOTKANIE Z HAMLETEM

LOBO DE MAR – Rejs 11927

Jak zawsze nasze letnie eskapady są dużo wcześniej planowane. Jeszcze w zeszłym roku, zaraz po powrocie z Alandów, wymyśliliśmy sobie wizytę na Zamku Kronborg zwanym Zamkiem Hamleta. Wielokrotnie przepływając Sund marzyło mi się odwiedzenie tego miejsca. Dopiero teraz, kiedy mam własny jacht, mogłem to zrealizować. Początkowo planowałem też zawiniecie do portu Kalundborg po zachodniej stronie Zelandii, który był moim pierwszym zagranicznym portem, gdzie byłem w roku 1966. Życie jednak nieco zweryfikowało nasze plany. Awaria sprzęgła, którą osobiście usunąłem, opóźniła nasze wyjście o trzy dni i z Kalundborgu trzeba było zrezygnować. Zamiast w sobotę, kiedy wyszliśmy do Władysławowa i wróciliśmy, po stwierdzeniu braku biegu wstecznego, do Gdyni, we właściwy rejs wyszliśmy dopiero we wtorek.

Pogada na starcie była piękna i sprzyjająca żegludze. Pierwszego dnia, po przepłynięciu 68 mil, wchodzimy wieczorem do Łeby. Nieduża ciasna Marina, ale miejsce znaleźliśmy. Następnym portem miało być Darłowo, ale wojsko zamknęło poligony nr.6 i 6A i okrężny rejs do Darłowa nie miał już sensu. Popłynęliśmy do Kołobrzegu, gdzie dotarliśmy w nocy (02:30). Kołobrzeg był naszym ostatnim polskim portem przed skokiem przez Bałtyk. Ponieważ prognozy na rejon Szczecina i Sassnitz były złe, zapowiadano nawet sztormowe zachodnie wiatry, postanowiliśmy popłynąć na Bornholm i porty szwedzkie. W Kołobrzegu spędziliśmy cały dzień, robiąc ostatnie zakupy prowiantowe i uzupełniając paliwo. Kołobrzeg dorobił się nowego basenu żeglarskiego. To teraz jedna z ładniejszych Marin polskiego wybrzeża. Port Ronne nie jest dobrym portem dla żeglarzy. Brak tam dobrej mariny dla gości. Istniejąca klubowa, na północ od miasta, jest ciasna, płytka i w zasadzie niedostępna. Cumujemy w porcie pasażerskim, gdzie już poprzednio byłem, tak tym jachtem jak i wcześniej BRYZĄ H. Wysoka betonowa keja, trudna do zacumowania. Jesteśmy jedynym jachtem tu cumującym. W samym rogu basenu są schodki, do których się przyklejamy. Jest prąd i dobre sanitariaty – to nam wystarcza na nocleg. Wychodzimy zaraz po śniadaniu. Marzyło nam się osiągnięcie Gislov, ale pogoda zdecydowanie się pogorszyła. Powiało silnie z zachodu. Ponadto odczuwalny był coraz silniejszy wschodni prąd. Szybkość nam znacznie spadła a i kierunek żeglowania nie był zupełnie zgodny z naszymi życzeniami. Wieczorem byliśmy dopiero na wysokości Ystad i do tego portu na nocleg weszliśmy. Marina dużą, piękna, nowoczesna i komfortowo wyposażona. Byliśmy w porcie o 20:00 i w licznych barach i restauracjach było mnóstwo ludzi. Marina żyła swoim wieczornym rytmem – było pięknie. Następnego dnia rano na zewnątrz wiało nieźle. Przez chwilę zastanawiałem się nad wyjściem – analizowałem prognozy. Nie zanosiło się na jakieś korzystne zmiany, ale też nie było widać jakiegoś istotnego pogorszenia. Kierunek i siła wiatru bez zmian. Wychodzimy. Żmudna żeglarska harówka – do brzegu i od brzegu. Halsujemy w miarę długimi halsami starając się przesuwać na zachód. Przed wieczorem jesteśmy dopiero na wysokości Gislow, gdzie w zamierzeniach mieliśmy być wczoraj. Do kanału Falsterbo przy tym wietrze nie dotrzemy przed północą. Decyzja mogła być tylko jedna – nocujemy w Gislow. Stajemy przy znanej nam rybackiej kei. Jest woda, prąd i swobodnie dostępny prysznic z gorącą wodą. Kąpiel, kolacja i w koję. Do Helsingor pozostało nieco ponad 50 mil. Powinniśmy tam jutro dotrzeć. Wstajemy wcześnie i już o 08:00 jesteśmy w morzu. Z mozołem upartego żeglarza halsujemy aby jak najszybciej wejść w kanał, który dawał osłonę od wiatru i fali. Na otwarcie mostu musimy czekać 1,5 godziny. Na betonowej dalbie, do której przycupnęliśmy, pod hakiem cumowniczym mewa uwiła sobie gniazdo gdzie złożyła 3 jajka. Wykorzystanie przez nas tego haka spowodowało przykrycie gniazda przez hak i uczynienie gniazda niedostępnym. Mewa, która przyleciała na ten czas do gniazda, nie mogła się do niego dostać. Latała, skrzeczała, próbowała wyjąć z gniazda jajka. Trzeba było jej pomóc. Haka nie można było przestawić, bo trzymał się na nim nasz jacht, ale gniazdo udało mi się przesunąć po betonie dalby tak, że było ono swobodnie dostępne. Ułożyłem starannie trzy jajka w gnieździe i czekaliśmy na efekt naszych działań.  Radość nam sprawiła mewa, która okrążywszy kilkakrotnie nasz jacht, potem swoje gniazdo w nowym miejscu, usiadła na nim i przyglądając się nam z uwagą otuliła swoje jajka skrzydełkami. Całkowicie zaakceptowała nasze działania. Było nam bardzo miło. Otworzono most. Teraz jak najszybciej na północ. Wieje piątka z NW-u. Żeglujemy ostro do wiatru wzdłuż szwedzkiego wybrzeża. Czym bliżej mostu Øresundsbron (Kopenhaga-Malmo), tym bardziej był odczuwalny silny prąd północnej wlewki. Szybkość nam spada. Po minięciu lewą burtą wyspy Ven prąd był tak silny, że notacja naszej szybkości względem dna wyniosła 2 do 3 węzłów. Tym czasem Czernikiejew (log wiatraczkowy względem wody) pokazywał 5 do 6 (!?). Przez wąski przesmyk między Helsingor a Helsinborg gnana silnym północno-zachodnim wiatrem wlewa się do Bałtyku woda z Kattegatu popychana wodą z Morza północnego. 160710 LdM 11927 (131)W Sundzie woda przyspiesza do kilku węzłów. Trudno tutaj żeglować w tym czasie. Na wysokości160710 LdM 11927 (122) latarni Raa włączam silnik i zrzucam żagle. Ostatnie mile dłużą się niemiłosiernie. Staram się nie patrzeć na log. Wydaje się, że Helsingor wciąż jest w tej samej odległości, co 15 minut wcześniej. Jednak w końcu docieramy. Było już grubo po 10-ej, kiedy weszliśmy do awanportu potężnej, rozczłonkowanej mariny. Krążymy po basenach szukając wolnego miejsca. Robimy kilka kółek. Jest już ciemno. W końcu Piętaszek dostrzega dziure miedzy jachtami. Bez zastanowienia wciskam się w to jedyne wolne miejsce. Cumowanie dziobem do kei i rufa miedzy palami. Piętaszek bardzo nie lubi takich miejsc, ale nie wybrzydzamy. Stoimy. Dochodziła jedenasta. Idziemy zarejestrować nasz postój wyłupując w automacie Tellycard na prąd i sanitariaty. Bierzemy kąpiel i idziemy spać.

160710 LdM 11927 (117) 160710 LdM 11927 (102) 160710 LdM 11927 (160)

Relaks – turystyczny dzień w Helsingborg, do którego płynęliśmy cały tydzień. Nie martwimy się ETĄ w Gdyni, to zmartwienie n czas powrotu, kiedy stąd wyruszymy. Zamek Kronborg jest tuż przy Marinie, więc zjawiamy się tam krótko po śniadaniu. Kupujemy bilety i rozpoczynamy turystyczna ucztę. Zamek robi wrażenie swoim ogromem, architekturą a przede wszystkim fortyfikacjami. Na zamku Piętaszek jest mi przewodnikiem, który przygotował się do tej wizyty starannie. Wędrujemy po salach, schodach korytarzach. Podziwiamy historyczne obrazy (daleko im do Matejki), które jakąś historię Dani opowiadają. Piękne meble, gobeliny i występy aktorów wcielających się w szekspirowskie postacie. Wokół głównie piękny renesans. Piętaszek ze szczególnym zainteresowaniem obejrzał zamkową kaplicę bogato zdobioną przez tutejszych rzemieślników. Trudno w tej notatce opisywać wszystko, co oglądamy, mogę tylko napisać, że zamek zrobił na nas kolosalne wrażenie i z wizyty tutaj byliśmy bardzo zadowoleni. Mamy na to miasto tylko dzisiejszy dzień, więc pędzimy dalej.

160710 LdM 11927 (150) 160710 LdM 11927 (158) 160710 LdM 11927 (180)

W bezpośrednim sąsiedztwie zamku, w dokach starej stoczni, wybudowano wspaniałe nowoczesne, jedno z najnowocześniejszych w świecie, muzeum morskie – Narodowe Muzeum Morskie w Helsingor zaprojektowane przez Bjarke Ingels Group i oddane zwiedzającym przed dwoma laty. Tu ja stałem się naturalnym przewodnikiem dla Piętaszka. Opowiadałem mojej załodze o statkach, żaglowcach, załogach i czasach różnych w europejskiej żegludze. Do tego, co mówiłem miałem dookoła ilustracje w postaci pięknych modeli, ciekawych eksponatów i multimedialnych ilustracji. Było, co podziwić i czym się zachwycać. Dla mnie to muzeum było celem większym niż Kronborg, choć zamkowi niczego nie ujmuję. Popołudniu zaczęło padać, ale nie mogliśmy pominąć starówki. W starej stoczni, zamienionej na Centrum Kultury, wypiliśmy kawę i kiedy descz ustał poszliśmy na starówkę. Do najciekawszych zabytków architektonicznych miasta należą: średniowieczna Katedra Św. Olafa, klasztor Karmelitów z XV wieku oraz neoklasycystyczny pałac Marienlyst. Nie wszystko można było obejrzeć – zabytki były pozamykane i tylko zewnętrzne mury mogliśmy podziwiać. Dostaliśmy się jedynie na piękny wewnętrzny dziedziniec klasztoru, którym Piętaszek był szczególnie zachwycony. Kiedy wracaliśmy na jacht zaczęło mocniej padać. Wieczór spędziliśmy przy dobrym winie. Na północy już grzmiało i zerwał się sztormowy wiatr. Na naszej pogodynce było momentami ponad 30 węzłów. Dobrze, że turystyczny dzień mięliśmy już za sobą, ale myślenie o jutrze utrudniło zaśnięcie. Zgodnie z planem w Gdyni powinniśmy być w niedzielę, 10-go lipca, popołudniu. Piętaszek w poniedziałek powinien być w pracy. Na powrót mieliśmy niecałe 5 dni ?! Rano sztorm. Śniadanie jemy w milczeniu. Nikt nie mówi o wyjściu – port praktycznie zamknięty. Analizuję prognozy z wielu źródeł. Większość informacji mówi o silnych wiatrach z NW-u. Sztormu nie ma w prognozach. Minęło południe. Przestało padać. Chodzę po kei i oglądam port. Kilku żeglarzy stoi pod swoimi budkami, pali papierosy i spogląda w niebo. Wychodzimy – zadecydowałem. Obmyśliłem starannie manewry wyjściowe przy silnym bocznym wietrze. Miejscowi na kei przyglądali się naszym poczynaniom z zaciekawieniem. Wszystko „letgo”, prawo na burtę i wstecz. Rufa poszła na wiatr i wysunąłem się z pomiędzy pali. Wiatr spychał mnie na jachty po południowej stronie basenu. Lewo na burtę i cała naprzód. Obracając się w lewo o metr, może dwa mijam rufy zacumowanych jachtów. Udało się. Po chwili byłem na środku basenu. Teraz mogłem już sterować do wyjścia. Widziałem jak miejscowi kiwali między sobą głowami, coś komentowali i pociągnęli mocniejsze dymki. Zaraz za główkami mariny stawiamy genuę i z dużą szybkością żeglujemy z wiatrem rutą Sundu. Ten sam prąd, który nas tak hamował w drodze do Helsingoru, teraz gna nas wynagradzając nam poprzednie hamowanie. Na wysokości Ven, którą mijam prawa burtą, osi agamy ponad 8 węzłów, w chwilę potem jeszcze 9 i w końcu odnotowuję rekord „Lobo De Mar” 9,7 węzła! Fantastycznie. Może zdążymy na most w Fasterbo Canal na 19:00, to byłaby szansa zacumować w Gislov o przyzwoitej porze. Na tym rufowym wietrze jacht źle steruje. Muszę usiąść za sterem, aby nami tak nie miotało. Wiatr niemal z północy 20-25 węzłów. Wraz z obniżaniem naszej szerokości wiatr powoli kręci do westu. Kiedy dopadamy mostu jest 19:00. Zgodnie z rozkładem, który jest wyświetlany u podstaw mostu, most powinien się otworzyć. Jesteśmy jedynym jachtem czekającym na otwarcie, które nie następuję. Obracam jacht i cumuję do kei wyczekiwania. Od miejscowej żeglarki, która zadzwoniła na mostową wieżę, dowiadujemy się, że most będzie otwarty za dwie godziny! Wieje bardzo silnie. Jachtem przy kei trochę miota. W pewnym momencie pęka rufowa cuma. Zakładamy nową i mocujmy mocniej jacht. Stąd jest 10 mil do Gislov, może przed północą zacumujemy. Po wyjściu z kanału na Bałtyku dostajemy zachodni wiatr. Gna nas. Do portu wchodzimy po 23:00. Warunki cumowania bardzo trudne. Znakomitą formą i odwagą popisał się Piętaszek wyskakując z dziobu na keję z liną w ręku. To była bardzo trudna operacja cumowania – odpychający wiatr 20 węzłów, ale przebiegła sprawnie i mogliśmy wziąć darmowy tu prysznic i pójść spać. Średnia szybkość na tym przelocie wyniosła 6,1 węzła, podczas żeglugi w odwrotnym kierunku wyszło tylko 3,4 węzła!

160710 LdM 11927 (163) 160710 LdM 11927 (61) 160710 LdM 11927 (56)

Rano wiało jeszcze mocniej niż wieczorem. Nikt z portu nie wychodził. Tuż za nami stał jacht pod czeską banderą i widać było, że też im pilno do wyjścia, ale trochę się bali. Po śniadaniu poszliśmy na spacer zwiedzić okolicę i odwiedzić jedyny tu ogólny sklep, gdzie oferta była bardzo marna. Przeglądam prognozy – idzie ku lepszemu, ale minęło południe i nadal siedzimy na ławeczce przed jachtem, popijamy kawę i naradzamy się nad sytuacją. Aby dotrzymać gdyńskiego ETA należałoby teraz przeskoczyć jednym halsem Bałtyk, czyli przeżeglować noc. W przeszłości mamy za sobą dłuższe przeloty, wiec nie byłby to eksperyment. Podejmujemy decyzję – płyniemy bezpośrednio do Darłowa. Potem już tylko Władek i Gdynia. Chodzimy na falochron portu i oglądamy morze. Wygląda już nieco lepiej. Minęła już 15:00. Wychodzimy. O 16:00 opuściliśmy Gislow kierując się bezpośrednio na Darłowo. Wieje 20-25 węzłów z zachodu. Stawiamy żagle. Jacht z baksztagiem żegluje 6-7 węzłów. Nieprzyjemna fala z rufy utrudni sterowanie, auto-pilot nie wyrabia, jego silniczek pracuje bez przerwy zżerając sporo prądu z akumulatorów. Aby oszczędzić akumulatory na tak długi przelot przechodzę na sterowanie ręczne. Mniej myszkujemy i płyniemy szybciej. Pogoda mocna, żeglarska, wymagająca czujności i starannego prowadzenia jachtu. Piętaszek dba o to żebym miał, co się napić i co zjeść. W piątek, około 09:00, musimy uruchomić silnik dla podładowania akumulatorów, żeby nie padła nam nasza elektronika, która ma swoje limity napięciowe. Popołudniu wiedziałem już, że nam się udało przelecieć Bałtyk w bardzo dobrym czasie. O 14:30 jesteśmy w awanporcie Darłowa, gdzie czekamy pół godziny na otwarcie mostu. Około 15:00 cumujemy w skromnej, ale bardzo miłej, życzliwej i dobrze serwisowanej marinie. Przeskoczyliśmy niemal 130 Mm w nieco ponad 22 godziny. To znakomity wynik dla takiego jachtu jak nasz. To blisko 6 węzłów średniej szybkości! Byłem zmęczony, ale szczęśliwy, choć za sterem przestałem ponad 14 godzin. Biorę gorący prysznic i padam na koję. Musze się trochę przespać. Piętaszek przynosi od rybaków wspaniałe świeżutkie dorszowe filety i budzi mnie na doskonały obiad. Wieczorem idziemy na spacer do Darłówka, gdzie dostaję w nagrodę za to nocne przejście znakomite lody. Nad Darłowem przelatują szybko deszczowe chmury, skrapiają ziemie i znów jest ładnie. Przed snem wypijam szklaneczkę whisky do dobrej fajki – odpoczywam. Jutro kolejny dzień walki o dobre gdyńskie ETA.

160710 LdM 11927 (166) 160710 LdM 11927 (187) 160710 LdM 11927 (176)

Z otwarciem mostu o godzinie 10:00 opuszczamy Darłowo. Silnie wieje z NW-u. Wyjście z portu jest niezwykle spektakularne. Silny wiatr wzbija wysoki przybój i jacht raz po raz pokazuje kibicom na falochronie swoje dno. Szkoda, że tego nie mogłem sfilmować. Piętaszek był trochę przerażony, ale wszystko poszło dobrze i szybko znaleźliśmy się poza przybojem. Poligony nr. 6a i 6 były w sobotę zamknięte, wiec mogliśmy pójść najkrótszą drogą wzdłuż polskiego wybrzeża. Wiatr nas gnał (WNW 5-6ºB), więc była jeszcze nadzieja, że Władysławowo dopadniemy jeszcze przed północą. Na logu dłuższy czas utrzymywało się 6 do 7 węzłów. Z radością powitałem latarnię Rozewie, która kiedyś przed laty, w latach 60 i 70, zawsze budziła w nas radość, kiedy wracaliśmy do domu z Labradoru i płynęliśmy od Bornholmu kursem 102. Minęła 23:00 kiedy sterowałem już na główki wejściowe portu. Ponad 86 mil od Darłowa przepłynęliśmy w nieco ponad 13 godzin. Średnia prędkość przelotu to 6,4 węzła – rekord rejsu. Szybko idziemy spać. Zaplecze sanitarne Władysławowa jest chyba najgorszym na naszym wybrzeżu, więc z niego nie korzystamy.

160710 LdM 11927 (196) 160710 LdM 11927 (171) 160710 LdM 11927 (102)

Rano w niedzielę nie musimy się spieszyć. Gdynia jest w zasięgu 6 godzin żeglugi. Piętaszek idzie do kościoła a ja z Tolkiem na długi spacer. Na śniadanie mamy świeże bułeczki i oczywiście wspaniałe ryby w różnych postaciach. Opuszamy Władysławowo po 11:00. Wiatru już niema. Wieje słaba bryza od morza. Na tym ostatnim odcinku musimy podeprzeć się silnikiem aby być na 17:00 w Gdyni. Zgłosiliśmy dzieciom tą godzinę, jako czas przybycia. Byliśmy na resztkach paliwa i już na Zatoce silnik się zakrztusił – złapał na kiwaniu powietrze. Musiałem sięgnąć do żelaznej rezerwy, którą woziłem na rufie – dolałem 20 L i spokojnie dotarliśmy do Gdyni. Cumowaliśmy dokładnie o 17:00. Na pokład w Gdyni wszedł Komitet Powitalny w składzie: Marysia, Marcin, ich przepiękna Zuzanna i Katarzyna z Londynu. Było nam bardzo miło. Rejs zakończył się pełnym sukcesem. Przebyliśmy 663 Mm ze średnią szybkością 5,1 węzła! Byliśmy w 10 portach i obejrzeliśmy to, co było naszym celem. W dwie godziny po zacumowaniu, każde z nas było już w swoim domu. Jutro pracowity poniedziałek.

Kapitan LOBO

ŻEGLOWANIE CZAS ZACZĄĆ

GDYNIA – Marina – LdM – Rejs 9301 > PIERWSZY REJS (2 MAJ 2016)
Żeglarze przybyli na pokład dużo przed umówionym czasem. Pierwszy przybył Dominik, godzinę później Miłosz i w pół godziny przed wyjściem zjawił się Jan. Widać było po nich jak bardzo czekali na ten moment. „Piętaszek” był w podróży z Zakopanego i wyszliśmy na Zatokę bez mojego pierwszego oficera. Z trójki studentów tylko Dominik był opływanym żeglarzem i szybko przejął rolę instruktora w stosunku do swoich kolegów.
Zaczęliśmy oczywiście od spraw bezpieczeństwa, co omówiłem zanim zaczęliśmy zajmować się żeglowaniem. Wszyscy zaczęli od dopasowania sobie kamizelek asekuracyjnych i od zapoznania się z zastosowaniem „wąsów”.
Po kilkunastu minutach mogliśmy postawić żagle i zgasić silnik. Chłopaki robili wszystko trochę niezdarnie, pierwszy raz byli na pokładzie takiego jachtu, ale pod kierunkiem Dominika postawili genuę i w końcu grota. Wiało tak akuratnie dla takiego treningu 3-4° B. Jacht lekko się pochylił i przyspieszył. Przy tym wietrze żeglowaliśmy w stronę Sopotu z szybkością 4 do 5 węzłów – całkiem nieźle. Pogoda była naprawdę wspaniała. Załodze żeglowanie się bardzo spodobało – tylko szum wiatru i wody za burtą.
Każdy z nich chciał oczywiście sterować. Zmieniali się przy sterze, co kilkanaście minut. Sterowali i zapoznawali się z bogatym wyposażeniem jachtu. Spod Sopotu poszliśmy długim halsem w zatokę. Zwrot przez sztag wykonali, jak na nowicjuszy, dość sprawnie. To zasługa Dominika, który, jak opowiadał, ma już za sobą starty w regatach. Potem jeszcze jeden zwrot w kierunku Gdyni, też wyszedł dobrze. Rejs byłby zakończył się całkiem dobrze, ale końcówka trochę zburzyła zadowolenie. Po uruchomieniu silnika, zupełnie niespodziewanie szybko wzrosła temperatura na silniku. Było już niebezpiecznie – zatrzymałem silnik. Zajrzałem do zbiornika chłodziwa, sporo brakowało. Staliśmy w dryfie. Silnik musiał nieco ochłonąć. Miałem na burcie 5-kę destylatu. Poleciłem dolać i zastartowałem ponowni silnik. Mam dobrą kontrolę temperatury, więc kontynuowaliśmy rejs bezpiecznie – 77°C constans. Zgrabnie zacumowaliśmy – rejs testowy zakończony. Trzeba sprawdzić przyczynę ubytku chłodziwa. Studenci byli zachwyceni i pytali o rejs następny. Na jachcie jest jeszcze sporo do zrobienia, ale to normalny los żeglarza.

JACHTY ZLATUJĄ NA WODĘ

   

   

JACHTY ZLATUJĄ NA WODĘ
To piękny widok, kiedy wysoko na tle nieba pojawiają się jachty i statecznie lądują na wodzie, rozpoczynając swoje kolejne morskie życie po zimowaniu. Radość żeglarzy jest ogromna. Wszyscy wzajemnie sobie pomagają i cieszą się nie tylko swoim, ale i jachtem kolegów, który zanurza swój kil w wodzie basenu jachtowego. Teraz już tylko takielunek, żagle i pierwszy testowy rejs po Zatoce. Zanim się wyruszy na dalsze wyprawy trzeba wszystko sprawdzić i dopasować. Też jest, co robić na samym jachcie, szorowanie, czyszczenie, konserwacja drewna (lakierowanie). Już nie raz mówiłem i pisałem, że żeglowanie składa się głównie z pracy na jachcie i dla jachtu, ale to jest właśnie urok tego szaleństwa. Później, gdy już gna nas pod żaglami wiatr nie pamiętamy potu, który wylaliśmy przy pracy dla naszego jachtu. W pamięci zawsze pozostanie radość żeglowania i wspomnienia z odwiedzanych portów.

    

 

NOWY SEZON PRZED NAMI

   

   

Zima za nami, wiosna zielenią już kusi i sezon żeglarski przed nami. Z zazdrością patrzę na kilka jachtów, które już na wodzie i meldują, że u „Morgana’ na Helu już śpiewają. Czas przyspiesza i my z robotami bosmańskimi też. A jest, co robić. Szlifowanie kadłuba, polerowanie żelkotu i w końcu malowanie. Na żeglowanie zgłosiło się sporo studentów, wiec rąk do pracy nie brakuje. Musiałem podzielić ich na dwie grupy, aby dostosować ilości pracujących do frontu robót. Górę będziemy robić już na wodzie. Trzeba będzie jeszcze jacht uzbroić, otaklować i zamontować elektroniczne wyposażenie, które na zimę było zdjęte z jachtu. Najważniejszym remontem tej zimy była naprawa „Zetki”, gdzie wytarły się tarcze sprzęgła. Moi zaprzyjaźnieni mechanicy, Sławek i Arek, stanęli na wysokości zadania i zdążyli z remontem na czas. Jacht już gotowy do wodowania, dźwig będzie w piątek. Mam nadzieję , że wszystko pójdzie dobrze.

   

   

POSEZONOWE PORZĄDKI

   

 

Żeglowanie zakończone. Jacht wyciągnięty na brzeg i ustawiony na zimowanie. Z pokładu jachtu widać Zatokę, która kusi jeszcze dobrą żeglarską pogodą. Czas teraz na porządki. Najważniejsze jest zawsze staranne wymycie wyciągniętego z wody kadłuba, który nie tyle obrósł muszlami, co brudem, powierzchniowych śmieci i śladów ropopochodnych zawiesin. W ruch poszły szczotki, karcher i „Ludwik”. Kształtuje się już przyszłoroczna załoga. Do pracy na jachcie zgłosiło się już kilku moich studentów (Krzysztof, Dimitro i Szymon), dla których pokład jachtu stoi w sezonie otworem. Wszyscy wiedzą, że żeglowanie to przede wszystkim praca, praca i praca, a czasem potem przyjemność! Teraz to tylko wstęp. Na wiosnę będzie naprawdę, co robić.

   

MIĘDZYSEZON

MIĘDZYSEZON

Odleciały jachty na zimowanie. W „slipowaniu” jachtu pomagali mi sprawdzeni przyjaciele: „Zwierzak” i „Kędzior” oraz dwaj moi studenci, którzy przyszli do Mariny po zajęciach. Było już późno, kiedy kończyliśmy ustawianie jachtu i mycie odłożyliśmy na sobotę. Jacht nie wyglądał tak dobrze, jak po poprzednim sezonie. Wiosną nie malowałem całego kadłuba, gdyż farba z poprzedniego malowania trzymała się znakomicie, ale teraz kadłub był wyjątkowo brudny i plamiasty. Czeka nas staranne czyszczenie, polerowanie i pełne malowanie. Ja byłem w Marinie od 8-ej rano. Pomagałem przy wyciąganiu jachtów w moim klubie Stali. Robiłem trochę dokumentacji i musiałem przypilnować dźwigu, który po wyjęciu klubowych jachtów musiał przemieścić się na drugą keję.

Sezon się skończył i czas na jego podsumowanie i refleksje związane z minionym czasem. Sezon był udany, ale też i obnażył potrzeby starego jachtu (28 lat). Pływaliśmy przez minione 4-y lata praktycznie bezawaryjnie, ale aby było tak dalej trzeb w końcu zająć się jachtem od strony technicznej. Wielkim zmartwieniem naszym jest sprzęgło i przekładnia, które pod koniec sezonu sygnalizowały konieczność weryfikacji – to bardzo kosztowna sprawa (!). Muszę wymienić dwie ręczne pompy zenzowe, gdzie sparciały już membrany i kupić jedną elektryczną do zenzy w salonie (poprzednia okazała się marnej jakości i rozleciała się w trakcie sezonu). Przeglądu wymaga też pompa wody słodkiej, która kilka razy nie wyłączyła się automatycznie po zamknięciu kranu (?!), co powodowało pompowanie wody słodkiej do zenzy. Przeglądu też wymaga pompa paliwa, z której kapią drobne kropelki ropy podczas jej pracy – pewnie wymienić trzeba uszczelnienia. W jachtowej elektronice nie ma specjalnych problemów, no może jedynie istotną sprawą jest prześledzenie wszystkich przewodów i kontaktów związanych z zasilaniem elektroniki – na niezbyt czystych złączach są straty napięcia powodujące zbyt wczesne wyłączenie się Furuno (?!). Z takielunkiem i żaglami nie ma problemu. Żagle są nowe, nowy też jest roler dobrej firmy. Większość lin w dobrym stanie. Przeszyć muszę jedynie tent nad kokpitem, który był szyty zbyt słabymi nićmi i wciąż w różnych miejscach się pruje. O standardowych czynnościach przedsezonowych, jak czyszczenie, polerowanie i malowanie nie ma, co wspominać, ale też trzeba to wszystko starannie zaplanować. Zawsze w czasie różnych prac mogą jeszcze wyjść jakieś problemy, których w tej chwili nie dostrzegam – oby tych „dodatków” było jak najmniej.

Zima i wiosna jest dla mnie dużo trudniejszym czasem, jak sezon żeglarski, kiedy tylko korzystam z tego, co przygotowałem do sezonu. Najważniejszym zmartwieniem tutaj są koszty, które praktycznie przekraczają możliwości mojego budżetu – muszę nieźle główkować, aby zrealizować konieczne zadania. Czas pokaże czy dam radę – chciałbym jeszcze parę sezonów pożeglować.

POŻEGNANIE SEZONU

DSC_0011 DSC_0012 DSC_0005

POŻEGNANIE SEZONU – LdM 9218

Stare powiedzenie, że wszystko kiedyś przemija sprawdza się też w żeglarstwie. Kończy się sezon 2015, który wielu dostarczył wspaniałych atrakcji, pięknych chwil, ciekawych miejsc i ekscytujących przeżyć. „Lobo de Mar” ma na swym koncie wiele rejsów, które niewątpliwie będą wspominane przez ich uczestników. Na pewno najbardziej ekscytującym wydarzeniem był rejs na ALANDY, ale i te po Zatoce z udziałem wielu żeglarzy były ciekawe i będą miło wspominane. Pożegnalny rejs zrobiłem z byłym moim studentem Tomkiem Zaniewskim, który przyjechał aż z Warszawy, żeby kilka dni (4) spędzić pod żaglami na wodzie. Początkowo myśleliśmy o rejsie do Kłajpedy, ale prognoza na tamten kierunek nie była korzystna i postanowiliśmy te kilka dni spędzić na Zatoce. Tu pogoda nam sprzyjała. Pierwsze dwa dni było nawet trochę silniejszego wiatru i mogliśmy się nacieszyć prawdziwym żeglowaniem. Odwiedziliśmy najpierw Hel, gdzie Tomek się urodził i wychował. W domu mamy zjedliśmy wspaniały obiad a wieczorem zrewanżowaliśmy się grillem na jachcie.

 DSC_0024  DSC_0017

Następnym portem była Jastarnia, którą Tomek chciał zobaczyć, gdyż nie był tam od bardzo wielu lat. Tak wiele się zmieniło w tych naszych najbliższych portach, że jeżeli ktoś ich nie odwiedzał przez lata, to trudno mu poznać okolicę. Podobnie było z Puckiem gdzie zawinęliśmy na nocleg. Nowy rynek, bulwar i cała infrastruktura są nie do poznania. Po dobrym śniadaniu wyruszyliśmy w najdłuższą drogę tego rejsu do Górek Zachodnich – prawie 30 mil. Niestety zabrakło wiatru. Była piękna pogoda, ale ponieważ Zatoka wyglądała jak czarodziejskie lustro musieliśmy przeciąć Zatokę na silniku. Centrum Polskiego Żeglarstwa jeszcze pełne jachtów. Szkoda, że takie miejsce zarządzane jest bardzo anachronicznie – dość niemrawy bosman wypełniał ręcznie deklarację postojową na arkuszu A4 (!?). Postojowe płatne osobno, woda osobno i prąd osobno (?!). Czwartego dnia, wczesnym rankiem wychodzimy na Zatokę. Mięliśmy nadzieję na jakiś wiatr, ale on pokazał się, kiedy nasz „Lobo de Mar” był już na wysokości „Barakudy”, tuż przed gdyńską mariną. Tomek uznał rejs za bardzo udany i zadowolony, z nadzieją na przyszłe rejsy, wsiadł w samochód i pojechał do Warszawy. Pożegnalny przegląd zatokowych portów był pożegnaniem tego sezonu. Ominęliśmy w zasadzie jedyny Sopot, który żeglarzom nie jest przyjazny. Już niedługo będzie też marina w Kuźnicy, porcie rybackim ufundowanym przez Unię. Zrobiono też molo w Mechelinkach, ale jeszcze nie mam rozeznania, co do możliwości cumowania tam większych jachtów. Zanim zszedłem z jachtu, usiadłem w fotelu, zapaliłem fajkę i zadumałem się nad przyszłym sezonem. Już są plany na kolejny daleki rejs. Tym razem planujemy pożeglować dokoła Zelandii, gdzie chciałbym odwiedzić port Kalundborg, który był moim pierwszym w życiu portem zagranicznym (24-27 maj 1966). Do zobaczenia na pokładzie „LOBO DE MAR”.

 DSC_0021  

     

ŻEGLARSKIE SZKOLENIE

DSC_4652 DSC_4623 DSC_4611 150823 LdM 8814 - 054 150823 LdM 8814 - 043 150823 LdM 8814 - 036

„Gołąbkowy Rejs” – tak nazwali swój stażowo-szkoleniowy rejs Halinka i Andrzej Piksowie, którzy przyjechali na „LOBO DE MAR” aż ze Śląska. To ich już drugi rejs na naszym jachcie a poznaliśmy się na pokładzie „POGORII”, gdzie byłem instruktorem od spraw bezpieczeństwa żeglugi. Gołąbki w tytule wynikają z tego, że Halinka robi znakomite gołąbki, które są podstawowym zabezpieczeniem naszego jachtowego prowiantu – są naprawdę znakomite. Teraz przywiozła ich aż 20 – było się czym delektować. Niedawno Halinka i Andrzej skończyli w Gdyni kurs Sternika Morskiego (tzw. MORS) i czas na praktykę i staż zliczany do dyplomu Kapitana Jachtowego. Marzy im się własny jacht i samodzielne podróże po morzach. Chcą się do tego starannie przygotować. Doszli do wniosku, że pod moim okiem mogą się czegoś nauczyć i z mojego doświadczenia skorzystać. Przepisy dzisiaj są pod tym względem bardzo liberalne, ale każdy rozsądny człowiek, który chce zmierzyć się z morzem wie, że powinien coś o żeglowaniu, nawigacji i bezpieczeństwie żeglugi wiedzieć.  Andrzej pełnił obowiązki Kapitana, Halinka I-go oficera a ja byłem tylko pilotem i Piętaszek, który dołączył do nas w Pucku, uzupełniał załogę. Trzydniowy rejs na „LOBO DE MAR” był znakomitą okazją do podniesienia swoich umiejętności. Mieliśmy piękną pogodę z umiarkowanym wiatrem i znakomitą atmosferę na jachcie. To był naprawdę fajnie i pożytecznie spędzony czas. Schodząc w Gdyni z jachtu nasi goście ze Śląska już umawiali się z nami na kolejny rejs w przyszłym sezonie – mam nadzieję, że popłyną z nami w dalszy rejs.

150823 LdM 8814 [MS] 150823 LdM 8814 - 075 150823 LdM 8814 - 060 150823 LdM 8814 - 053 150823 LdM 8814 - 051 150823 LdM 8814 - 041

MAARIANHAMINA

Maarianhamina 

Alandy, archipelag kilku tysięcy (6757) wysp oddzielających Morze Bałtyckie od Zatoki Botnickiej będącej jego częścią jest jednym z ciekawszych miejsc na naszym Bałtyku. Najdalej na północ położoną wyspą jest Hon ostra, na południe zaś Liiharu. Równoleżnikowo archipelag położony jest między wyspą Vasterbadan na zachodzie i Stora Rodskar na wschodzie. Archipelag Alandów wraz z archipelagiem Turku tworzy najciekawszy i jeden z trudniejszych nawigacyjnie akwenów dla żeglarzy. Żeglowanie po tym akwenie jest swoistą nobilitacją, każdego jachtowego kapitana. W środowisku często można usłyszeć określenie „alandzki kapitan”, to taki, który tu był, Alandy zaliczył i może być z tego dumny. Kiedyś pływałem w tym rejonie statkiem, ale postanowiłem i ja dołączyć do „alandzkich kapitanów żeglarzy”. Przejście z Turku do Mariehamn, jak po szwedzku nazywają to miasto, jest nie lada wyzwaniem nawigacyjnym. Nawet przy dzisiejszych satelitarnych systemach, niezbędne jest posiadanie dobrych, aktualnych map – my takie posiadaliśmy. Piętaszek śledził mijane wyspy i porównywał z mapami, ja konfrontowałem naszą żeglugę z jachtową elektroniką. Pogodę mięliśmy wspaniałą. Tam gdzie mogliśmy i wiatr sprzyjał, żeglowaliśmy pod wszystkimi żaglami, ale przez spory odcinek trasy płynęliśmy w kompletnym sztilu i musieliśmy używać silnika. Na tych szerokościach noc w polskim pojęciu o tej porze roku już nie zapada, wiec i nawigacja nocą jest łatwiejsza.

150702 LdM 8309 - 107 150704 LdM 8309 - 009 150702 LdM 8309 - 118 150702 LdM 8309 - 115

Do portu Maarianhamina (Fin), jedynego miasta na Alandach i stolicy autonomicznej prowincji Finlandii, weszliśmy nieco po drugiej w nocy. Było pięknie. Słońce ledwie skryte za horyzontem oświetlało okolicę i marinę zapełnioną jachtami. Mimo zmęczenia nie poszliśmy do koi. Łapaliśmy w kadry otoczenie bojąc się przegapić to, co najpiękniejsze. Na niebie, nad mariną, schowane jeszcze za horyzontem słońce, namalowało piękną tęczę, z czasem podwajając jej obraz. Było cudownie. Urok momentu i estetycznych doznań zapierało dech. Trudno było to nawet komentować. Każde z nas przeżywało to na własny sposób. Wytrwaliśmy na pokładzie do momentu aż słońce ponownie rozświetliło marinę i okoliczne wody. Nocny czar rozsypał się w słonecznym obrazie Mariny w Mariehamn. Poszliśmy spać.

150705 LdM 8309 - 117 150705 LdM 8309 - 001 150705 LdM 8309 - 034 150705 LdM 8309 - 025

Ten port był zasadniczym celem naszej wyprawy. Piętaszek starannie przygotował harmonogram naszego w tym miejscu pobytu. Oczywistym było, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć wszystkiego, ale te najważniejsze miejsca Basia wypunktowała. Trudno mi w tej krótkiej notatce opisywać więcej szczegółów naszej wizyty w Mariehamn. Ograniczę się tylko do najważniejszych momentów. Miasto jest niewielkie i można je przejść w każdym kierunku bardzo szybko.

150705 LdM 8309 - 062 150705 LdM 8309 - 064 150705 LdM 8309 - 074 150705 LdM 8309 - 073

Nas interesował WestPort gdzie zacumowany stał największy żaglowiec floty Gustawa Eriksena, „POMMERN”. Żaglowiec ten jest nie tylko pomnikiem kunsztu konstruktorów, ale i geniuszu kapitanów, którzy takimi żaglowcami dowodzili. Dziś jest to wspaniałe muzeum odwiedzane przez dziesiątki tysięcy turystów z całego Świata. Robi wrażenie. Po obejrzeniu tego żaglowca, jego wnętrza, kabin, zdjęć i filmów z czasów jego eksploatacji dyskutowałem z Piętaszkiem na temat tamtej epoki – czasów Conrada. Z pokorą pochylamy głowy przed nimi zdając sobie sprawę z tego jak komfortowo i bezpiecznie my dziś żeglujemy.

150707 LdM 8309 - 019 150707 LdM 8309 - 017 150707 LdM 8309 - 008 150707 LdM 8309 - 041

Po obiedzie robimy wieczorny spacer do miejscowej stoczni – muzeum tutejszego szkutnictwa. Otwieramy szeroko oczy widząc, w jak prymitywnych warunkach budowano wspaniałe, wcale nie małe żaglowce. Oglądaliśmy modele, plany, fotki i prawdziwe konstrukcje tutejszych szkutników. Dokonania ich były imponujące. Nie będę tu opisywał eksponatów detalicznie, ale oboje byliśmy zachwyceni tym, co zobaczyliśmy. Na zewnątrz muzeum były keje, przy których cumowały oldtimery różnej wielkości; piękne drewniane jachty jak i rybackie łodzie, czy stare drewniane żaglowe statki do przewozu różnych towarów, najczęściej produktów rolnych. Jeden szkuner był szczególnej urody, który już widzieliśmy wcześniej w WestPorcie, a teraz stał przy nabrzeżu stoczni, w której był zbudowany, to s/y „ALBANUS” – cacuszko, od którego trudno było odejść.

150707 LdM 8309 - 026 150707 LdM 8309 - 038 150705 LdM 8309 - 076 150706 LdM 8309 - 006

Wieczorem, przy kolacji i winie debatujemy nad tym, co widzieliśmy i planujemy dzień następny. Pojedziemy rowerami na północ wyspy Fasta Aland (650km²). Trudno położyć się do koi, kiedy na zewnątrz jest wciąż „dzień”.

Ruszamy rowerami zaraz po śniadaniu. Tolek musi zostać na wachcie. Wszędzie prowadzą nas dobrze oznakowane ścieżki rowerowe. Okolica jest przepiękna. Mijamy zadbane gospodarstwa z przystrzyżonymi starannie trawnikami. Przy jednym z domów zauważamy zapracowaną kosiarkę-robota. Docieramy w końcu do wyznaczonego celu – JOMALA. Miejsce nosi nazwę wspólnego boga dla wielu ugrofińskich ludów. W XIII wieku wybudowano tu jeden z pierwszych chrześcijańskich kościołów poświęcając go patronowi Wysp Alandzkich St.Olavowi. Jomala Kyrk jest najstarszym zachowanym obiektem sakralnym w Finlandii, świadectwem tamtych czasów.

150706 LdM 8309 - 024 150706 LdM 8309 - 016 150706 LdM 8309 - 010 150706 LdM 8309 - 008

Już z daleka dostrzegamy wieżę kościoła (52m) i w chwilę potem otwiera nam się widok na prostą romańską budowlę o wspaniałych proporcjach. Na ławeczce przed kościołem siedzi młody pastor z biblią w reku. Na nasz widok wstaje, wita nas i zaprasza do środka. Wszystkie drzwi kościoła są na oścież otwarte. Wchodzimy. Przenika nas jakaś niesamowita duchowa atmosfera prostego wnętrza. Z sufitu zwisają modele żaglowców. Podchodzimy do ołtarza – Jezus uśmierzający morze! Klękamy i każde z nas wypowiada sobie tylko znaną modlitwę. Nastrój jest niesamowity. Chyba po raz pierwszy w życiu poczułem jak kościół wchodzi we mnie, do środka, jak mnie przenika i podbija rytm serca. Długo nie mogłem otrząsnąć się z doznanego, nieznanego mi do tej chwili wrażenia. Dla mnie był to najpiękniejszy kościół, jaki do tej pory oglądałem. Piętaszek też jest podekscytowany. Widzę jak się zachwyca krążąc oczyma dookoła.

150706 LdM 8309 - 015 150706 LdM 8309 - 017 150706 LdM 8309 - 025 150706 LdM 8309 - 019 150706 LdM 8309 - 022

To prawdziwy kościół ludzi morza, Alandczyków – rybaków, szkutników, rolników. Wychodzimy na zewnątrz, na cmentarz, którym kościół jest otoczony. Jest tu pomnik Alandczyków, którzy wyemigrowali, jak i grób Króla Wysp Alandzkich Juliusa Sundblom’a. Przechadzamy się miedzy grobami, których stele często są zdobione motywami morskimi, a to wizerunkiem żaglowca, kotwicy czy fragmentów takielunku.

150706 LdM 8309 - 034 150706 LdM 8309 - 035 150706 LdM 8309 - 036 150706 LdM 8309 - 037

Wsiadamy na rowery i opuszamy to naprawdę cudowne, uduchowione miejsce. Pedałujemy jeszcze na północ, do miejsca pod nazwą Godby. To takie handlowe centrum wyspy przy przystani promowej, skąd odpływają promy na inne wyspy. Cała ludność Alandów nie przekracza 30 tys. mieszkańców rozrzuconych po niewielkich wioskach, które są znakomicie skomunikowane dobrymi drogami, ścieżkami rowerowymi i promami. Godby to miejsce zakupów i spotkań w licznych tu barach, kafejkach czy restauracjach. Spoglądam na niebo, które szybko zaciąga się chmurami – będzie pompa. Po drobnych pamiątkowych zakupach (cos trzeba przywieźć z tych wysp) idziemy na kawę do sympatycznego snack-baru. Zaczęło padać. Niespecjalnie uśmiechał się nam powrót rowerami w ulewę. To pierwszy deszcz w naszej podróży. Piętaszek poszedł na stację benzynową, gdzie uzyskał info na temat komunikacji. Mamy autobus za pół godziny – świetnie. Dopijamy kawę i idziemy pod wiatę przystanku autobusowego. Komunikacja na Alandach jest bezpłatna (!). Autobusy są przystosowane do przewozu rowerów i za ich przewóz trzeba zapłacić. W komfortowym autobusie do Mariehamn, oprócz nas, jechała tylko jedna mała dziewczynka, którą kierowca wysadził w znanym mu miejscu po drodze. W Mariehamn już nie padało. Wróciliśmy na jacht, gdzie Piętaszek przygotował wspaniałą kolację. Przez Internet odbieram aktualną prognozę – jest zła. Już wiedziałem, że nie będziemy mogli wyjść jutro rano, jak planowałem – zapowiedziany jest sztorm.

Mariehamn i Alandy opuściliśmy we wtorek, 7-go sierpnia tuż przed 14:00. Można było już pożeglować z korzystnym wiatrem. Przed nami Farosund na Gotlandii.