TURKU

150704 TURKU

150702 LdM 8309 - 131 150703 LdM 8309 - 014 150702 LdM 8309 - 019

 Przed laty zawijałem do Naantali, północnozachodniej części Turku, skąd woziłem jakieś wióry do Sztokholmskiej elektrociepłowni. Nigdy nie miałem dość czasu, aby zwiedzić to miasto i już wówczas postanowiłem sobie, że kiedyś tu przypłynę i miasto obejrzę. Kiedy Piętaszek rzucił hasło – ALANDY, przyklasnąłem ochoczo gdyż nadarza sie okazja do odwiedzenia Turku, o czym przecież kiedyś marzyłem. Z Veere na Saaremie wyszliśmy jak zwykle wcześnie rano. Do przepłynięcia było ponad 130 Nm a chcieliśmy być rano 2-go lipca w porcie. Pogoda była dobra. Popołudniu powiało nawet ponad 5°B i żeglowaliśmy z szybkością niemal 6 węzłów. Piętaszek pilnie studiował przewodniki i locje, aby ułożyć właściwy plan pobytu w Finlandii. Krótkość pobytu wymaga perfekcyjnej organizacji, żeby nie przegapić czegoś ważnego – na wszystko i tak nie starczy czasu.Turku leży u ujścia rzeki Aurajoki i jest najstarszym fińskim miastem, które było stolicą tego kraju do 1812 roku. Uniwersytet w tym mieście został założony w 1640 roku. Nie będę tutaj przytaczał historii, którą można znaleźć w każdym przewodniku a skupie się tylko na tym, co związane było z naszą wizytą.

150702 LdM 8309 - 046 150702 LdM 8309 - 033 150702 LdM 8309 - 029

Piętaszek wynalazł w locji marinę odległą wprawdzie od miasta, ale mającą dobre referencje. Odległość do centrum nie miała znaczenia, mieliśmy przecież na burcie znakomite rowery. Marina Ruissalo, do której zawinęliśmy po 25 godzinach żeglugi z Veere, okazała się strzałem w dziesiątkę. Było to urocze, zielone miejsce z komfortowym zapleczem (toaleta, prysznic, sauna, kuchnia, pralnia, greel, taras wypoczynkowy itp…), gdzie spotkaliśmy się z bardzo życzliwym i przyjaznym przyjęciem. Jeszcze tego dnia wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy ścieżkami rowerowymi wyspy Ruissalo, między starymi drewnianymi willami przez uniwersytecki ogród na główny bulwar nadrzeczny do centrum miasta, gdzie mogliśmy podziwiać stare żaglowce („SIGYN’ I „SUOMEN JOUSEN”), liczne kafejki i restauracje usadowione na zabytkowych statkach. Idąc ku ujściu rzeki minęliśmy centralną Marinę i dotarliśmy do Muzeum Morskiego (Forum Marinum), którego wiele najciekawszych eksponatów było wystawione na zewnątrz.

150702 LdM 8309 - 051 150702 LdM 8309 - 058 150702 LdM 8309 - 068

Tego dnia za najciekawszy obiekt, jaki przyszło nam oglądać, uznaliśmy Zamek w Turku, którego początek datuje się na ok. 1280 rok, kiedy powstał w tym miejscu obóz warowny, przekształcony w zamknięty zamek sto lat później. W połowie XVI wieku Zamek stał się oficjalną siedzibą wielkiego księcia Finlandii Jana III, który nadał zamkowi dzisiejszy kształt. Ma ten zamek i polski akcent, gdyż Jan III poślubił polską królewnę Katarzynę Jagiellonkę, z którą zamieszkał na zamku w Turku. Zamek miał burzliwą historię i wielu rezydentów, którzy to rządzili na nim lub byli w nim wiezieni. W swojej historii Zamek pełnił różne funkcje aż został zdegradowany do roli więzienia. Podczas ostatniej wojny Rosjanie zbombardowali zamek, znacznie go niszcząc. Zamek odbudowano i w 1961 roku przekazano na cele publiczne – muzeum. Jest dziś architektoniczną częścią fińskiego dziedzictwa kulturowego. Zamkowi poświęciliśmy sporo czasu, oglądając go starannie ze wszystkich stron. Z pewnością należy do ciekawszych obiektów tego rodzaju.

150702 LdM 8309 - 048 150702 LdM 8309 - 049 150702 LdM 8309 - 043

Na jacht wróciliśmy pełni wrażeń i zachwyceni miastem, które zobaczyliśmy. To tylko fragment, ale byliśmy pod wrażeniem. Przy znakomitej kolacji, kiedy popijaliśmy już dobre wino, planowaliśmy dzień następny. Studiowaliśmy mapy, przewodniki i wybieraliśmy, co najważniejsze.

150703 LdM 8309 - 018 150703 LdM 8309 - 020 150703 LdM 8309 - 012

Śniadanie i dosiadamy naszych rowerów. Dziś zasadniczym celem była Katedra i miejscowy Skansen. Pogoda nadal wspaniała i wędrowanie było wielką przyjemnością. Znów dotarliśmy do Bulwaru, ale tym razem poszliśmy w górę rzeki. Katedra w Turku (Turun tuomiokirkko), do której w końcu dotarliśmy, jest kościołem-matką Ewangielicko-Luterańskiego Kościoła Finlandii i narodową świątynią kraju. Jest też uważana za ważny pomnik fińskiej architektury. Jej początek datuje się na XIII wiek. Początkowo była drewnianym kościołem, ale w późniejszym czasie rozbudowano ją używając kamienia. Poważnie została uszkodzona w wielkim pożarze w 1827 roku, ale w większej części odbudowana. Robi wrażenie. Przez dłuższy czas oglądaliśmy ją z zewnątrz zanim zdecydowaliśmy się na wejście. Ahhhh….! Oboje jesteśmy wrażliwi na piękno, więc musieliśmy wewnątrz trochę postać, aby ochłonąć z pierwszego wrażenia. Robię fotograficzną i filmową dokumentację. To trzeb nie tylko wstawić do swojego archiwum, ale i pokazać swojemu otoczeniu, które ma małe szanse tu być. Piękny ołtarz, witraż nieprzeciętnej urody i architektura urzekająca prostotą i finezją gotyku. Budowla ta jest najważniejszym religijnym obiektem Finlandii. Usytuowana w centrum Turku przy Starym Wielkim Rynku nad rzeką Aura, jest miejscem najważniejszych ceremonii religijnych w Finlandii. Dźwięk dzwonów tej katedry w południe, jest transmitowany przez fińskie radio.

150703 LdM 8309 - 038 150703 LdM 8309 - 037 150703 LdM 8309 - 045 150703 LdM 8309 - 040

Wychodzimy na zewnątrz. Siadamy przy katedralnym kawiarnianym stoliku i pijemy kawę. Niewiele mówimy. Każde z nas rozmyśla nad tym, co zobaczył. Każde słowo, pół-zdanie, grymas podkreśla siłę emocji, którą trudno konkretnie wyrazić. Zawsze w takich miejscach próbuje się je porównać do innych ci znanych: Sewilla, Hull, Helsinki, Kopenhaga, Warszawa, Kraków czy Gdańsk. To się nie da porównać. Każde z tych miejsc jest absolutnie inne, niepowtarzalne, oryginalne i warte obejrzenia. Objechałem świat i zdeptałem posadzki wielu kościołów, katedr i zabytków, w większości z nich otwierałem szeroko oczy ze zdumienia i zachwytu. Stawałem jak tutaj po środku i mówiłem Ohhh….!

150703 LdM 8309 - 051 150703 LdM 8309 - 049 150703 LdM 8309 - 023

Minęła połowa dnia. Czeka nas jeszcze jeden obiekt, który Piętaszek wybrał z długiej listy tutejszych zabytków. Luostarinmaki to jedno z najciekawszych muzeów rzemiosła, jakie można oglądać nie tylko w Finlandii, ale chyba nie ma równego sobie w Europie. To po prostu skansen. Śmieszność polegała tutaj na tym, że słowo „skansen” nie istnieje w tutejszej świadomości i nikt zapytany na ulicy nie wiedział, czego my szukamy. Dopiero młodzi ludzie, mówiący dobrze po angielsku, potrafili nam wskazać drogę do tego unikalnego muzeum. Oryginalność tego miejsca polega przede wszystkim na tym, że jest to autentyczny zachowany fragment dawnego Turku ocalały po wielkim pożarze, jaki strawił miasto w 1827 roku. Ocalały fragment drewnianego miasta położony jest na skalnym wzgórzu w samym centrum. Jeszcze na początku XX wieku zamierzano zlikwidować tą pozostałość starego Turku, ale udało się uratować to miejsce tworząc z niego w roku 1940 skansen – muzeum miejscowego rzemiosła. Jeszcze do lat 60 ubiegłego wieku mieszkali tu rzemieślnicy, którzy uprawiali swoje rzemiosło. Dziś możemy oglądać ich mieszkalne komnaty, warsztaty i uliczki drewnianej zabudowy. Domy są oznaczone rzemieślniczymi „szyldami” w postaci atrap ich wyrobów: zegar wskazuje zegarmistrza, buty szewca, a skrzypce lutnika itp… Na każdym kroku widać skromność i ubóstwo ówczesnych mieszkańców. Za mieszkanie starczała im jedna izba, która była sypialnią, salonem i często miejscem pracy. Chyba tutaj wymyślono wersalkę – składaną kanapę, która na noc stawała się małżeńskim łożem a w dzień służyła za ławę, na której siadano do stołu. Mogliśmy tutaj obejrzeć pełne spektrum rzemiosł, jakimi Finowie w tamtych latach się parali. Były tu warsztaty: szewskie, drukarskie, zegarmistrzowskie, złotnicze, tkackie i trafiki tytoniowe, gdzie kręcono cygara i cięto tytoń do fajek. W wielu pomieszczeniach pracownicy skansenu, ubrani stosownie do epoki demonstrowali wiele czynności związanych z przedstawianym rzemiosłem. Zobaczyliśmy tu wiele ciekawostek, które poszerzyły naszą wiedzę o tamtych czasach, o tamtych ludziach, o tamtym, tak przecież nie odległym życiu Finów – to była bardzo dobra lekcja historii. Wracając na Bulwar, gdzie na rowerowym parkingu zostawiliśmy nasze rowery, prowadziliśmy z sobą ożywioną dyskusję na temat tego, co obejrzeliśmy.

150703 LdM 8309 - 011 150703 LdM 8309 - 004 150703 LdM 8309 - 056 150703 LdM 8309 - 054 150703 LdM 8309 - 057 150703 LdM 8309 - 053

Jeszcze wiele rzeczy w Turku pozostało do obejrzenia, ale program naszej Bałtyckiej wyprawy nie dawał nam szans na obejrzenie wszystkiego. Może będzie trzeba jeszcze raz tu przypłynąć, kiedy nie będziemy mieli ograniczenia czasowego. Najbardziej żałowaliśmy, że nie pojechaliśmy do miasteczka Muminków w Naantali.

Przy wieczornym winie na pokładzie „LOBO DE MAR” podsumowaliśmy nasz pobyt w Turku. Mięliśmy dużą satysfakcje z tego, że tu dopłynęliśmy i tak wiele ciekawych rzeczy zobaczyliśmy. Trzeba już myśleć o następnych portach i nowych „odkryciach” i kolejnych lekcjach europejskiej historii. Podsumowując ten pobyt przypomnę, że miasto Turku w roku 2011 otrzymało tytuł Europejskiej Stolicy Kultury.

VEERE

VEERE – 150701

150702 LdM 8309 - 087 150702 LdM 8309 - 088

Każdy rejs ma swoje niespodzianki i odkrycia. Mistrzem w wyszukiwaniu nie tylko dziwnych, ale i ciekawych miejsc na trasie żeglugi jest oczywiście Piętaszek, który z nosem w locji, przewodnikach i mapach wyszukuje miejsc gdzie nie tylko my nie byliśmy, ale jest małe prawdopodobieństwo spotkania tam innych polskich żeglarzy. Ja stawiam przed Piętaszkiem tylko jeden warunek, aby było tam głębiej nieco jak 2 metry! Moja Towarzyszka żeglowania uwielbia wyspy, wysepki i miejsca zapomniane przez Boga i ludzi, uwielbia przyrodę nieskażoną i ciszę natury. Dobrze, ze w tej materii nasze upodobania są zbieżne. W północnozachodniej części estońskiej wyspy Saaremaa, w głębokiej zatoczce osłoniętej od zachodnich i południowych wiatrów a otwartej od północy, Piętaszek znalazł port o wdzięcznej nazwie Veere. Na mojej elektronicznej mapie port jeszcze nie istniał, pokazany był tylko przerywaną linią przyszły falochron. Mogliśmy tam zajrzeć, było po drodze. Gdyby było źle zawsze mogliśmy popłynąć do Parna na wyspie Hiiumaa. W końcówce drogi z Liepaja do Veere nieźle wiało i z silnym wiatrem, na żaglach, okrążaliśmy cyple Kiipsaare Nukk i Undva Nina. Już z daleka, przez lornetkę, dostrzegłem nowy falochron ze szczytową latarnią, ale masztów żadnych w porcie nie widziałem. Trochę mnie to niepokoiło, ale sondując uważnie i idąc wolno na silniku, zbliżałem się do portu. Zaskoczył mnie stojący na kotwicy, pokaźnych rozmiarów, jacht motorowy a moje zdziwienie było jeszcze większe, kiedy rozpoznałem brytyjską, królewską banderę. Za falochronem było głęboko i kiedy dostrzegłem skrzynkę elektryczną zawinąłem przez prawą burtę i zacumowałem. W porcie, w samym rogu, stał zacumowany niewielki kuter miejscowej straży granicznej. Byliśmy tu jedynym jachtem i być może, że pierwszym z Polski. Podłączyłem prąd i w chwilę potem zjawił się na kei solidnej budowy, z okrągłą, ogorzała twarzą, mężczyzna. Przywitał mnie przyjaznym gestem. Nie mówił po angielsku, ale kilka rzuconych przeze mnie słów zrozumiał. Zapytałem o wodę – pokazał mi narożnik portu, gdzie dostrzegłem kran. Zapytałem o paliwo – poskrobał się po czuprynie, zasępił i po rosyjsku zapytał:

– Skolko?

– Sorok! – Skwapliwie odpowiedziałem.

150702 LdM 8309 - 008 150702 LdM 8309 - 013

Wyraźnie się zakłopotał, ale odchodząc dał mi do zrozumienia, że coś w tej sprawie wymyśli. W tym porcie paliwo nie było dostępne. Mężczyzna, który mnie przywitał okazał się bosmanem portu Veere. Jego siedzibą był ładny, okazały jak na to miejsce budynek, gdzie znaleźliśmy wszelkie socjalne wygody. Do portu weszliśmy nieco po 8:00, więc mieliśmy cały dzień na turystyczny relaks. Poszedłem z Tolkiem na ładną plażę, gdzie pies się pięknie wyszalał a Piętaszek w tym czasie przygotował znakomite śniadanie. Po śniadaniu wystawiłem na nabrzeże nasze rowery i ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Musieliśmy pójść na jakiś kompromis. Bardziej interesujące miejsca były zbyt daleko, więc wybraliśmy najbliższe opisane w przewodniku i pokazane na turystycznej mapie miejsce – miejscowość Pidula. Przy wyjeździe z portu stał niski barakowy budynek, gdzie mieścił się portowy pub i artystyczna galeria z miejscowymi pamiątkami. Do miejscowości Pidula było niecałe 10 km ładną szosą przez piękny las. Kręciliśmy pedałami z wielką przyjemnością chłonąc powietrze nieskażonej niczym przyrody. Otaczający nas las był naprawdę pierwotny, dziki i bogato podszyty – piękny. Gdy dojeżdżaliśmy do celu minął nas młody człowiek na niewielkim rowerku. Jak się później okazało był hotelarzem, barmanem, przewodnikiem turystycznym, w zasadzie wszystkim, co mogło być potrzebne turystom w takim miejscu.

150630 LdM 8309 - 002 150630 LdM 8309 - 003

Pidula Manor leży około 35 km na północ od stolicy wyspy Kuressaare, gdzie cumowaliśmy przed rokiem. Miejscowość jest już wymieniona w XVI-wiecznych kronikach. Znajduje się tu jeden z najlepiej zachowanych dworów szlacheckich na wyspie. Do dworu w Pidula jeszcze w XX-wieku należały dziesiątki tysięcy hektarów lasów i pól. Posiadaczami ziemskimi były tu najbardziej znane rody szlachty niemieckiej, jak von Stackelberg i von Strucker. Dwór i posiadłość, którą zwiedzaliśmy jest w trakcie restauracji wspieranej przez Unię Europejską. Oficyna dworu jest już czynna i mieści się tam hotel, biuro turystyczne, restauracja, bar i pomieszczenia rekreacyjne. Poza nami, turystów nie widzieliśmy, a chłopak, który nas minął rowerkiem na szosie, dwoił się i troił, aby nam dogodzić. Na tarasie wypiliśmy dobrą kawę i niezłe miejscowe piwo. Okolica reklamuje swoją agroturystykę, polowania na dziki, łosie i wiele innej mniejszej zwierzyny. Lasy obfitują też w bogate runo leśne – jagody i grzyby. Zimą uprawia się tu sannę i narciarstwo biegowe. Pogoda była piękna i w zasadzie nic nas na jacht nie gnało. Powłóczyliśmy się nieco po okolicy i nie spiesząc się wróciliśmy do Veere. Gdy podjechaliśmy pod jacht zauważyłem dwa duże 20-to litrowe kanistry z ropą stojące tuż przy mojej burcie. Fajny chłop z tego bosmana. Po solidnej kolacji poszliśmy wziąć gorący prysznic. Potem usiedliśmy w naszym kokpicie przy lampce wina i radowaliśmy się cudowną chwilą w pięknym miejscu. Rano podszedłem po wodę, we wzięciu, której pomagał nam bosman portu. Dopiero przed rzuceniem cum rozliczyłem się z przemiłym Estończykiem – 10 EU za port i 50 EU za paliwo. Tanio – fajna miejscówka na przyszłość. Ruszyliśmy w drogę do Turku.  

150630 LdM 8309 - 005 150702 LdM 8309 - 014

ALANDY

GDYNIA 150627

150628 LdM 8309 - 002  150628 LdM 8309 - 003  150628 LdM 8309 - 004

Alandy, moje a właściwie nasze Alandy. Bo przecież rejs na te wyspy wymyślił i na taki rejs nalegał Piętaszek. Przed rejsem gorączkowo przygotowywałem jacht do ostatniej chwili. Jeszcze dwa dni przed wyjściem robiłem przegląd silnika – olej, filtry, wirnik pompy wody, no i trzeba było wykombinować nowy lub naprawić przepalony kolektor wydechowy. Trochę kosztowało mnie to wszystko nerwów i pieniędzy, ale udało się zrobić wszystko na czas. Zgodnie z założeniami wyszliśmy w morze 27 go czerwca (Sobota) o 14:00. Komitet pożegnalny stanowiła Marysia, która przywiozła nas swoim samochodem i jej przyjaciółka Patrycja. Za nim opuściliśmy Marinę w Gdyni stanęliśmy na chwilę przy Lotosie gdzie uzupełniłem paliwo do pełna. Według naszych rejsowych standardów ja zabezpieczałem paliwo, opłaty portowe i stronę techniczno-nawigacyjną rejsu a Piętaszek, jak zawsze, dbał o aprowizację i kulturę rejsową, czyli był naszym intendentem i turystycznym przewodnikiem.

150628 LdM 8309 - 006  150628 LdM 8309 - 009  150628 LdM 8309 - 012

Plan rejsu ułożony był już wiele miesięcy temu dość precyzyjni, ale nie znaczy to, że nie mogliśmy go zmieniać w zależności od pogodowych i innych okoliczności. Jedynymi punktami niezmiennymi w planie był port Turku w Finlandii i Mariehamn na Alandach. Pogoda pozornie nam sprzyjała, ale był i negatywny element zbyt ładnej pogody – brak wiatru, co uniemożliwiało nam wykorzystanie efektywne żagli. Rejs jest planowany na 5 węzłów szybkości, którą winienem utrzymać i brak wiatru powoduje konieczność uruchomienia silnika. Czekanie na wiatr na morzu nie ma sensu. Piętaszek zaproponował wejście nie do Venspilts (Łotwa), jak planowaliśmy, a do bliższego portu Liepaja, gdzie moglibyśmy przespać noc i z porannym, oczekiwanym wiatrem ruszyć dalej. Tak też zrobiliśmy.

LIEPAJA

LIEPAJA 150629

150628 LdM 8309 - 058 150628 LdM 8309 - 024  150629 LdM 8309 - 001

Cumowaliśmy w tym porcie w ubiegłym roku w drodze do Helsinek i nie byliśmy zadowoleni ani z serwisu ani z samego, wyludnionego, pustego i raczej ponurego miasta. Tym razem jednak spotkaliśmy się z bardzo miłą obsługą i dostępnością do wszystkiego bez dodatkowych opłat (!). Prąd, woda, toaleta, nieograniczony prysznic i Internet wliczone były w niewysoką opłatę 18 euro. Nadmorski bulwar jest już uporządkowany a przy nim kilka atrakcyjnych klubów, restauracji czy pubów. Tym razem otoczenie zrobiło na nas miłe wrażenie – idzie ku lepszemu! Wypiliśmy miejscowe piwo (niezłe), zjadłem obowiązkowo lody i na dobrą obiado-kolację wróciliśmy na jacht. Na kanale pływały rowery wodne w kształcie volkswagenów garbusów, do których na brzegu ustawiała się kolejka. Widać było, że ten port w końcu zaczyna jakoś żyć. Z porannym, wcześnie wstającym słońcem, opuściliśmy Liepaję w poszukiwaniu korzystnego wiatru i kolejnego portu w drodze do Turku.

150628 LdM 8309 - 063 150628 LdM 8309 - 023 150628 LdM 8309 - 020

DŁUGI WEEKEND

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA2015-06-04/07 > Gdynia – Marina > LdM Rejs 8107-1 – 12:45 – Lobo + Piętaszek na burcie – przygotowanie do wyjścia w morze. 13:10 Kontrola paliwa = 35cm (ok 84L). 13:25 Start SG – zgłoszenie wyjścia. 13:30 Odcumowano – 4961 Nm/2426 H – udaliśmy się w drogę do Górek Zachodnich – pogoda W3-4°B, słonecznie, temp. 17-20°C. KDd=140. 13:45 ↑Geuna – stop SG V=4kn. 14:15 NW4°B N5428,6 E01835,8 Zwrot na KDd=070, ↑Grot. 14:40 NW4°B KDd=090 V=5-6kn. 16:30   Zwrot S N5428,6 E01854,3 KDd=210 NW4-5°B V=6kn. 15:50 Start SG ↓Grot ↓Genua. 18:00 ↔GZ Podczas perzejścia z Gdyni była piękna wietrzna pogoda i trzema długimi halsami z przyzwoita prędkością, dotarliśmy do Górek.   Po drodze mogliśmy podziwiać okręty NATO biorące udział w Manewrach ćwiczebnych BALT 2015. Mijaliśmy blisko okręty francuski, holenderski i brytyjski. Obejrzenie tych okrętów w morzu jest dość ekscytującym wydarzeniem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szukanie miejsca do zacumowania – Narodowe Centrum Żeglarstwa, hucznie otwierane przed tygodniem, nadal nieczynne – brak mediów i jakichkolwiek służb (?!?!). 18:30 4983Nm/2427h. (22Nm/1h). Zacumowaliśmy obok zaprzyjaźnionego z nami jachtu MAGNUS NORD (PB, rufą do kei)

W tym nieprzyjaznym żeglarzom miejscu, dzięki przemiłemu towarzystwu, spędziliśmy wspaniały wieczór. U nas na burcie zrobiliśmy znakomitego grilla (kaszanka od Zielińskiego i karkówka) a Krzysiu z Renatką (z MAGNUSA NORD) przynieśli butelkę wspaniałego rumu INLANDER (80%). Nieco później dołączył do towarzystwa znajomy Krzyska – Grzegorz Grał – 606752857 (właściciel jachtu w tutejszej marinie). Były żeglarskie wspominki i plany.   Na Magnusie mają poważny kłopot – wysiadł im silnik (padła uszczelka pod głowicą). To spory kłopot, bo właśnie zaczął się sezon. Biesiadowaliśmy do północy, po której szybko rozeszliśmy się do koi na swoich jachtach. Musiałem przejść się jeszcze na krótki spacer z Tolkiem a potem szybko zasnęliśmy.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Górki Zachodnie > LdM – Rejs 8107-2 – Rano śniadanie i spacer z Tolkiem na plażę. 12:25 ↑SG ↗Wyjście z Mariny (4986Nm/2427H) – udaliśmy się w stronę Sobieszewa. Ogladamy nowe nabrzeża na wyspie Sobieszewskiej. Brak mediów, nadzoru i polerów (?). 13:00 Podjęliśmy decyzję pożeglowania na Hel, do naszaj ulubionej Mariny. 13:20 ↔GZ. 13:30 ↑Grot ↓SG. 13:30 ↑Genua. NE 3-4°B, KDd=000°, V=5-6kn. 16:00 N5435,1 E01845,4 ↑SG, ↓Genua, ↓Grot – podejście do Helu. 16:20 ↔Hel, 16:30↓Zacumowano PB w Marinie Hel. – 5006Nm/2428H (20Nm/1h).OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Hel – pierwsza w tym roku kąpiel w morzu – woda ok. 10-12°C ! W minionych latach kapałem się w morzu już w marcu, a jeszcze wcześniej nawet zimą. Teraz też pewnie wykąpał bym się wcześniej, ale Piętaszek hamuje mnie w takich zapędach – uważa, że w moim wieku już trzeba trochę oszczędzać zdrowie (?!). Długo nie pływałem, ale byłem z siebie zadowolony, że skoczyłem do tej zimnej wody. Spacer z Tolkiem , ryby i lody na kolację dopełniły pięknego dnia.

Hel > LdM – Rejs 8107-3 – Pobyt na Helu –   Piękna pogoda zachęcała do pozostania na Helu. Poszliśmy na długi helski spacer. Oczywiści wykapałem się w morzu ponownie – byłem jedynym kapiacym się n plaży. Popołudniu Piętaszek zrobił znakomity obiad – była duszona karkówka, dużo świeżej surówki z pomidorów, ogórków i dobrej cebuli pokropionej cytryną i oliwą. Mamy już na burcie gaz (Dostarczył nam dwie butle Kudłaty).OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERAOkoło 18:00 przyjechał z Wrzeszcza na rowerze brat Piętaszka – Kuba (Mirosław KUBIAK). Zrobił się bardzo miły wieczór. Nareszcie mięliśmy okazje wypić nieco whisky. Dziś wielkie święto futbolu – finał Ligi Mistrzów. Oczywiście uniesposób nie oglądać. Poszliśmy do tawerny NELSON, gdzie zebrało się sporo kibiców i przy zimnym piwie obejrzeliśmy mecz między JUVENTUSEM a BARCELONOM. Mecz był znakomity. JUVENTUS naprawdę grał świetnie i stawiał BARCELONIE trudne warunki, ale i tak wygrał faworyt – aktualnie najlepsza drużyna klubowa świata – BARCELONA. Niemal do końca wynik był 1:2 dla Barcy, ale w ostatniej minucie Barca strzeliła trzecią bramkę i mecz zakończył się wynikiem 1:3 dla BARCELONY. Zadowoleni z wieczoru wróciliśmy po meczu na jacht i dokończyliśmy butelkę whisky wspominając różne podróże, wycieczki i rajdy. Kuba opowiadał o górach, ja o morzu i żeglowaniu, a Piętaszek o górach i morzu.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Hel > LdM – Rejs 8107-4 > śniadaniu, razem z Kubą poszliśmy na helski spacer wokół cypla. Kuba dawno tu nie był i był zaskoczony nieco pozytywnymi zmianami a szczególnie kładką wydmową wokół cypla. Około południa Kuba zwinął swoje manatki i nas opuścił. Chciałem zabrać go do Gdyni jachtem, ale uparł się, że ma swój plan, który musi wykonać. Ma siedząca raczej pracę i musi się trochę ruszać – wycieczki rowerowe znakomicie go relaksują. Tak więć do Gdyni wyruszyliśmy we dwójkę. 12:30 ↑SG (5006 Nm / 2429H). 12:35 ↑HEL> Gdynia. 12:45 ↑Genua. ↓SG, 13:00 Próba postawienia grota nie powiodła się, żagiel zablokował się w lik szparze fałdą, która powstała przy zbyt luźnym zwijaniu. Nie chciałem szarpać się z tym w morzu, odkładając rozwiązanie problemu na port.. Pogoda: NW 3°B V=4kn, KDd=245°, 14:10 popołudniowy zanik wiatru ↑SG, 14:25 ↓Genua. 15:15 ↓Marina Gdynia. (5017 Nm / 2431 H.OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA15:35 Udało się poprawić zwinięcie grota – wszystko jest OK.!. Należy jednak pamiętać, żeby przy zwijaniu przytrzymywać róg szotowy aby grot się na wietrze nie trzepał i nie marszczył!!! Zjedliśmy jeszcze na jachcie smaczny obiad i o 17:00 zmustrowaliśmy. To był wspaniały długi weekend – dobry wiatr do żeglowania, miłe spotkania i wspaniała pogoda. Jak na razie, najdłuższy rejs sezonu 2015 – od czwartku do niedzieli – 4 dni!

ŻEGLARSKI PUCHAR TRÓJMIASTA

ŻEGLARSKI PUCHAR TRÓJMIASTA

DSC_0045 DSC_0030 DSC_0029

Znów mieliśmy wspaniałą żeglarską imprezę na Zatoce Gdańskiej – PUCHAR ŻEGLARSKI TRÓJMIASTA, który w ostatnich dniach maja gościł na naszych wodach. Impreza zgromadziła 83 jachty w bardzo wielu klasach i żeglarzy nie tylko z Polski. LOBO DE MAR uczestniczył w regatach, jako jednostka towarzysząca, reporterska. Kibicowaliśmy i notowaliśmy fotograficznie piękne wydarzenie. Na pokładzie był z nami znakomity fotograf, właściciel Oficyny Morskiej, Cezary SPIGARSKI. Pogoda była wspaniała, choć trudna ze względu na silny wiatr, który momentami przekraczał 25 węzłów! Były nawet silniejsze szkwały. Dobrze, że wiało od lądu i nie było dużej fali. Zmienne warunki żeglarskie jak i fotograficzne powodowały, że widowisko było naprawdę fascynujące a żeglarze musieli wykazać się sporymi umiejętnościami. Lawirowaliśmy między nimi, oczywiście nie przeszkadzając uczestnikom, aby być w samym centrum najzacieklejszych zmagań. W sumie wykonaliśmy ponad 1000 fotografii, z których na pewno coś ciekawego się wybierze.

Szczegółowe informacje można znaleźć na oficjalnej stronie Regat > http://www.zeglarskipuchartrojmiasta.pl/start/ i nie będę tu powtarzał wyników, każdy zainteresowany może je sprawdzić u źródła. Relację z imprez związanych z Otwarciem Żeglarskiego Sezonu 2015 znajdziemy również na stronie Oficyny Morskiej. Od Sopotu wracaliśmy pod żaglami w silnych podmuchach, które przyginały do wody jacht tak, że  momentami bom grota  szorował nokiem po grzbietach fal. Impreza niezwykle udana i dobrze rozpoczynająca zmagania naszych żeglarzy. Załoga LOBO DE MAR była usatysfakcjonowana obecnością na trasie regat – zdjęcia porządkowałem i oglądałem przez kilka dni! Coś muszę wybrać i udostępnić, abyście mogli podziwiać piękno żeglarstwa i trochę pozazdrościć tym, którzy byli w centrum wydarzeń.

DSC_0053 DSC_0061 DSC_0072

ĆWICZENIA NA „LOBO DE MAR”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

150523 LdM 7905

Znów w morzu! Załoga dopisała. Moi studenci, Michał, Alek i Oskar plus Ola – przemiły gość z Sanoka, byli na jachcie punktualnie. Pogoda do żeglugi wspaniała. Początkowo planowaliśmy popłynąć do Pucka, ale wiatr od tamtej strony zweryfikował nasze zamiary a i załoga nie była przygotowana na nocleg w Pucku. Żegluga pod wiatr, z licznymi halsami zajęłaby nam bardzo dużo czasu i do Gdyni byśmy wracali po nocy. Wiatr sprzyjał żegludze na Hel i tak popłynęliśmy. Wiało takie żeglarskie 3-4°B i jacht pod grotem i genuą żeglował z szybkością 4-5 kn. – relaksowo.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Żeglarze mieli znakomite warunki do ćwiczenia sterowania pod żaglami. Wyłączyłem auto-pilota i posadziłem żeglarzy za sterem i tak, zmieniając się, co kilkanaście minut, ćwiczyli. Początkowo szło nienajlepiej, myszkowanie było spore i czasem gubili wiatr z żagli, ale szybko chwytali, w czym rzecz i w końcu kilwater się wyprostował. W Helu nie było zbyt dużo jachtów i miejsc do wyboru było sporo. Zatrzymaliśmy się tutaj li tylko na obiad, ale tym razem zrobiliśmy go na jachcie. Piętaszek poszedł na spacer z Tolkiem a młodzież przyniosła nieco produktów z miasta i można było zrobić ucztę. Piętaszek zabrał się za sałatkę a ja za grillowanie. Była znakomita kaszanka, kiełbasa no i szaszłyki na dokładkę. Znakomicie smakowało do tego zimne piwko z lodówki. Opłatę za nasz obiadowy postój bosman portu nam darował i koło 17:00 ruszyliśmy w drogę powrotną. Początkowo myślałem, że teraz będę miał korzystny wiatr – baksztag lub pół-wiatr. Tak początkowo było, ale z czasem siła jego malała, aż zdechł zupełnie. Musieliśmy zwinąć żagle i kończyliśmy naszą podróż na silniku. W drodze mięliśmy jeszcze nieco przelotnego deszczu, ale końcówka była znów przy pięknej słonecznej pagodzie. Wszyscy byliśmy z sobotniego czasu spędzonego na pokładzie LOBO DE MAR bardzo zadowoleni. Schodząc z burty załoga podpytywała się o następny, najbliższy rejs.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

ZATOKA i NOC MUZEÓW

ZATOKA i GDAŃSKA NOC MUZEÓW

P5168141  P5168144

LOBO DE MAR znów w morzu. W sobotę (16/5) była piękna pogoda. Wyszliśmy z Mariny dopiero po południu, ale mięliśmy dość czasu, aby zrealizować swoje zamierzenia. W pierwszej części rejsu towarzyszyły nam znakomite dziewczyny Justyna i Iwona. Z zapałem, pod nadzorem Piętaszka, postawiły żagle i mogliśmy delektować się bezszelestną żeglugą pod żaglami. Wiatru było wprawdzie niewiele, 7-10 kn, ale wystarczyło, aby poruszać się z szybkości ok. 4 węzłów. Żeglując w stronę Sopotu, popijaliśmy kawę i podziwialiśmy innych, którzy podnieśli w tym dniu żagle. A było co podziwiać. Minęliśmy słynną „BRYZĘ H”, którą przez wiele lat dowodziłem. Płynęła tylko pod fokiem i bezanem, ale i tak, prezentowała się okazale. Pewnie na pokładzie było tam kilku moich znajomych. Trochę im pomachaliśmy i widziałem jak odwzajemniają nam powitanie. Nieco dalej dostrzegliśmy większy żaglowiec, też kecz, jak „BRYZA H”. Bez trudu rozpoznałem „GENERAŁA ZARUSKIEGO” żeglującego pod wszystkimi żaglami (bez topsli). Wyglądał pięknie. Żeglowaliśmy szybciej i wkrótce mieliśmy „ZARUSKIEGO” na trawersie. Ten piękny żaglowiec przejął od „BRYZY H” pozycję flagowego jachtu Gdańska.

 

DSC_0131 P5168147 P5168150

Iwona i Justyna nie miały czasu na spędzenie całego weekendu z nami na jachcie i trzeba było je odstawić do Sopotu. Tu się nie cumuje, to najdroższe miejsce w Europie. Przeklęte miejsce dla zwykłych żeglarzy. Dotykam tylko nabrzeża bez cumowania, aby dziewczyny mogły wyskoczyć i wychodzę w morze. Strach, że po kei dobiegnie do jachtu obsługa Mariny z żądaniem zapłaty za niecałą minutę postoju przy kei!? Kurs na Gdańsk. Lubię żeglugę kanałami gdańskiego portu. Zawsze można coś ciekawego zobaczyć. Przyglądam się wschodniemu falochronowi, który dwa lata temu został uszkodzony przez wychodzący w morze statek. Jeszcze nie wyremontowano go całkowicie. Za tydzień będę uczestniczył w rozprawie odwoławczej w Izbie Morskiej w tej sprawie. Będziemy się zastanawiać nad błędami pilota i kapitana. Dobrze jest mieć rozeznanie w miejscu akcji.

P5168157 OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po drodze mijamy „OCEANIĘ” a na Białym Kruku stała „GEDANIA” i „GENERAŁ ZARUSKI”, który zdążył tu dopłynąć przed nami. W porcie cumuje wiele mi znanych jachtów, jest też duża reprezentacja gdyńskiej mariny. „BRYZA H” też już była na swoim miejscu. Na mijanej „ANTICE” zobaczyłem mojego przyjaciela Jerzego Wąsowicza – trzeba będzie go odwiedzić i pogadać przed sezonem – pewnie wybiera się gdzieś daleko. W Marinie tłok, ale znajduję miejsce (35). Po zacumowaniu zabieram na spacer naszą psią załogę „Lika” i „Tolka” a Piętaszek przygotowuje obiad. Wracam ze spaceru i zabieram się za grillowania – to moja działka – wspaniałą kaszankę i białą kiełbaskę z pieczarkami uzupełnia sałatka ze świeżych polskich pomidorów i ogórków – pycha. Teraz możemy popić obiad dobrym piwem z naszej jachtowej lodówki. Po obiedzie fajeczka i chwila relaksu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem wychodzimy do miasta na NOC MUZEÓW. Ulicami przewalają się tłumy. Przed każdym wejściem do jakiegoś muzealnego miejsca bardzo długie kolejki. Pełne kawiarniane ogródki. Masa młodzieży i dzieci. Widoczna radość otoczenia. Taki widok cieszy i jest żywym zaprzeczeniem PIS-owskiej negatywnej propagandy. Wiele tych muzeów znamy i chętnie je odwiedzimy w innym czasie, bez tłumów. Teraz wchodzimy jedynie do Galerii Plakatu i muzeum Archeologicznego, gdzie „spotykam” znanych mi ze spacerów w Rzucewie, łowców fok. Atmosfera miasta jest fantastyczna. Włóczymy się aż do zmęczenia nóg i wracamy na jacht, gdzie jachtowe ogrzewanie zrobiło swoje i jest ciepło i miło. Zmęczeni aktywnym dniem, zasypiamy natychmiast. Trzeba się wyspać. Zapowiadają jutro wietrzny dzień.

Rano flagi i banery na flaglinkach jachtów łopotały hałaśliwie. Spojrzałem na naszą „pogodynkę” – 20 węzłów. Jak tu jest tyle, to na morzu pewnie jeszcze więcej. Spacer z psami, śniadanie i idziemy na „ANTIKĘ” do Jerzego na poranną kawę. Jerzy jak zwykle zapracowany. Przygotowuje swoją dzielną „ANTIKĘ” na Morze Północne i norweskie fiordy. Chętnie też pożeglowałbym w tamtą stronę, ale moi żeglarze, jak na razie, nie maja tyle czasu (urlopu). Moje rejsy muszę zamykać w dwóch tygodniach. Popijając dobrą kawę na rufie „ANTIKI” gaworzymy o żeglarskich sprawach – takie rozmowy są bezcenne, wymiana doświadczeń, kłopotów i pomysłów na ich rozwiązanie. Po kawie Piętaszek poszedł do Św.Jana a ja wróciłem na „LOBO DE MAR”, aby wyjść z psami przed wyjściem w morze. W kościele Basia spotkała Kubę (brata), którego przyprowadziła do Mariny, aby choć na nasz pływający domek popatrzył.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA  OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bardzo dużo jachtów wyszło w morze jeszcze przed południem. My odcumowaliśmy o 14:00. Pogoda piękna, choć przeleciało parę szkwałowych chmur z krótkim deszczem. Na wyjściu wiało 25 węzłów od strony Gdyni. Żeby pójść na żaglach trzeba by było żeglować na refach daleko w morze, aby drugim długim halsem dojść do Gdyni. Mogłoby to zająć ładne parę godzin. Popatrzyłem na aktualną prognozę w MaxSea – nie była dobra. Nie było co ryzykować. Ruszyliśmy na silniku pod brzeg, w stronę Sopotu. Wiatr od lądu i nie było dużego falowania, więc jacht pruł całkiem równo z szybkością ok. 6 węzłów. Czasem przelatywały szkwały ponad 35 kn. Jacht przyginał się na samym takielunku. Jak cudownie mieć osłonięty kokpit i wycieraczki, które zmywały z szyb morską wodę przelewającą się przez dziób. Auto-pilot pracował równo i wachta Piętaszka polegała li tylko na bacznej obserwacji morza, a w szczególności na wypatrywaniu rybackich chorągiewek, których nastawiane pod tym brzegiem jest sporo. Podeszliśmy pod Orłowo. Wiatr nieco przysłonięty, ale jak tylko wychyliliśmy się poza cypel, znów uderzył z zachodu z dużą siła.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dopadamy w końcu główek mariny. Wieje mocno (25kn). Podchodzę do miejsca cumowania pod wiatr. Piętaszek na dziobie próbuje zarzucić na knagę cumę dziobową. Stop SG. Wyskakuję na pomościk z cumą rufową, ale jacht nagle zaczyna iść mocno do tyłu. Co jest? Pomyślałem, że zostawiłem silnik na biegu wstecz! Szczęśliwie Piętaszkowi udało się złapać pomostową knagę, ale lina wyrywała się z rąk. „Knaguj” – krzyczę. „Idź przestaw silnik na BWN”. Jacht był już jedynie dziobem w miejscu cumowania. Ciągnąc za rufową cumę nie miałem siły przesunąć go do przodu – tak silnie wiało od dziobu. Okazało się, że silnik był na STOP. Piętaszek w zdenerwowaniu przesunął manetkę do przodu zbyt gwałtownie i silnik zgasł. Wiatru było już 30 kn. Centymetr po centymetrze, ciągnąc jacht za rufową cumę i lewy reling z trudem przesunąłem łajbę na właściwe miejsce. Zacumowaliśmy! Klapnęliśmy zmęczeni i szczęśliwi w kokpicie. Udało się !!!

Ktoś zajrzał do naszego kokpitu. Był to nasz przyjaciel Piotr zwany „Zwierzakiem”. Zaprosiliśmy go na kawę i znów minęła godzina na bardzo fajnej, żeglarskiej pogawędce. Niestety weekend ma to do siebie, że się szybko kończy i czas zmustrować z naszego ukochanego i szczęśliwego jachtu.

 

„LOBO DE MAR” na ZATOCE

 

Dokument1„LOBO DE MAR” na ZATOCE
Nareszcie powiało. No, może trochę za mocno, bo w porywach w sobotę wiatru było ponad 30 węzłów. Nie dało się postawić w pełni żagli. Żeglowaliśmy na skrawkach płócien, ale była frajda. Jeszcze raz nasz jacht pięknie się sprawdził, osiągając na zrefowanych żaglach 7 węzłów! Tak silne szkwały trochę nas zaskoczyły i było nieco bałaganu do posprzątania w porcie, ale nic to, doznane wrażenia z szybkiej i ostrej żeglugi nas satysfakcjonowały w zupełności. Nasz ukochany Hel przywitał nas lasem masztów. Jeszcze przed tygodniem byliśmy tu jedynym cumującym jachtem a 2 maja trudno było znaleźć dogodne miejsce – udało się. W marinie cumowało wiele znanych nam i zaprzyjaźnionych jachtów. Pogoda wietrzna, ale piękna. Wieczorem robimy sobie grillową kolację i idziemy jeszcze na szantowisko do „Kapitana Morgana”. Pełno żeglarzy, witamy się z wieloma serdecznie, gdyż spotykaliśmy się już w różnych portach. Dobre, zimne piwo z beczki i chór żeglarskich gardeł robiło fantastyczny nastrój. Wspominamy spotkania z załogą „Miss Blue”, pięknym moto-sailerem utrzymanym w stylu retro, śpiewamy a może raczej ryczymy znane nam ulubione żeglarskie piosenki. Patrząc po klimatycznej salce, wypełnionej żeglarzami zdałem sobie sprawę, że byliśmy tu najstarsi, ale jakoś nie odczuwałem tej wiekowej przewagi. Chyba duszą i kondycją jeszcze mi daleko do rzeczywistego wieku. Odnoszę wrażenie, że otoczenie mojego wieku nie zauważa. Wracamy na jacht, jakiś slup krąży po basenie szukając już po ciemku miejsca. Jacht wydaje mi się znajomym. Jeden „Y”-ek dalej jest wolny. Macham do niego i biegnę, aby przyjąć od niego cumy. To zaprzyjaźniony z nami od lat „Magnus”. Cumuje. Witamy się serdecznie i umawiamy na jakąś posiadówę w sezonie – na pewno będzie wiele ku temu okazji.


W niedzielę, po śniadaniu, wybrałem się z wizytą na „Zawiszę Czarnego”, którym dowodzi znakomity kapitan Wiktor LESZCZYŃSKI. „Zawisza” zawinął na Hel w drodze z Bornholmu do Gdyni. Nie mieliśmy zbyt dożo czasu do pogadania, ale zawsze spotkanie z Wiktorem jest mi miłe. Harcerski szkuner zgrabnie odcumował a my poszliśmy tradycyjnie na zewnętrzną plażę Helu. „Tolek”, nasz psi żeglarz, szaleje radując się wolnością. Z przyjemnością patrzymy na harce psa, który w każdego chyba wlewa masę życiowego optymizmu. Okrążamy plażą Hel i lądujemy na obiedzie w naszej ukochanej „Izdebce”. Jemy oczywiści wspaniałe, bielutkie, świeżo złowione, filety z dorsza – rewelka. Pogoda wspaniała – wiatru w sam raz. Klarujemy się do wyjścia i z korzystnym wiatrem 3-4°B żeglujemy do Gdyni. Teraz możemy postawić pełne żagle. Żeglujemy spokojnie, relaksowo. Dwoma długimi halsami podchodzimy do gdyńskiej redy. Pod wieczór wiatr „zdycha” i ostatnie dwie mile płyniemy na silniku. Było pięknie. Humor jedynie mi nieco popsuł jakiś motorowodniak – „pseudo-wodniak”, stając bez uzgodnień z bosmanem na moim stałym miejscu cumowania. Bosman wskazał mi inne i musiałem trochę więcej po-manewrować. Pożegnalna herbatka na jachcie po zacumowaniu i niezupełnie chciany powrót na ląd. Jutro poniedziałek – do roboty.

 

ZACZYNAMY ŻEGLOWANIE

OLYMPUS DIGITAL CAMERA P4257799

„Lobo De Mar” już na wodzie. Moja radość, jak i wszystkich tych, którzy byli zaangażowanie w przygotowanie jachtu do sezonu jest wielka. Jeszcze w sobotę ostatnie kosmetyczne prace, mycie, szorowanie pokładu i nadbudówki (Justyna, Wojtek), odnawianie drewnianego wystroju salonu (Iwona) i porządki w takielunku i wyposażeniu (Ja). Wszystko trzeba staranie skontrolować. Na niedzielny rejs chętnych było sporo (Justyna, Iwona, Alek, Oskar i Michał). Załoga stawiła się na burcie punktualnie. Wciągnięto na sztag genuę i w lik-szparę masztu grota – jacht gotowy do żeglugi. Inauguracyjny, testowy rejs zaplanowaliśmy do Helu. Kapitan Lobo robi wstępne szkolenie o środkach ratunkowych i wyposażeniu jachtu. Każdy osobiście zakłada pas asekuracyjny lub ratunkowy i sprawdza jego dopasowanie – jest OK.! Minęło południe, kiedy rzuciliśmy cumy i z uśmiechem na twarzy trawersowaliśmy główki gdyńskiej mariny. Dla wielu z załogi było to pierwsze zetkniecie z jachtem tego typu i pożerała ich ciekawość elektronicznego, efektownego i efektywnego wyposażenia. Płyniemy. Pogoda nie sprzyja żeglowaniu – wieje niespełna 2°B z dziobowej ćwiartki, czasem wiatr zupełnie „zdycha”. Szkoda. Nie mogę pokazać załodze żeglarskich walorów jachtu. Po dwóch godzinach żeglugi cumujemy w zupełnie pustej helskiej marinie. Jest pogodnie, wiec idziemy na helski spacer dookoła cypla. Jest oczywiście z nami nasz pies Tolek, który radośnie szaleje po okolicy i plaży. Po spacerze zaglądamy do naszej ulubionej kaszubskiej tawerny „Izdebka”, gdzie zamawiamy wspaniały rybny obiad. Ja i jeszcze dwóch żeglarzy wcinamy znakomitego rekina, ktoś solę lub świetnego wędkowego dorsza. Oczywiście na przystawkę była rybna zupa – to taki nasz tutejszy standard. Na jacht wracamy radośni, najedzeni i już z planami na przyszłe eskapady. Wychodzimy w drogę powrotną do Gdyni. Pusty Hel zostawiamy za sobą – latem trudno będzie tu zacumować w weekend. Sztil absolutny. Woda gładka jak tafla lustra – bez zmarszczki. Przyszła mgła, uruchamiamy radar i wzmacniamy obserwację. Mijamy blisko kilka statków kotwiczących na redzie. Z systemu AIS mamy wszystkie informacje o ich zachowaniu. Justynka ćwiczy gałkologię elektronicznej mapy i ręczne sterowanie jachtem. Cumujemy na swoim miejscu bardzo elegancko. Załoga już nieco obyta z jachtem zaczyna odgrywać swoje role coraz lepiej. Skończył się pierwszy testowy rejs jachtu „Lobo De Mar” – wszystko OK! Możemy wyruszać w dalsze rejsy. Sezon zapowiada się wspaniale.