W POGONI ZA WIDNOKRĘGIEM

Bartek Czarciński wyruszył w rejs dookoła świata!

 Jestem w doskonałej kondycji i w świetnym nastroju – powiedział chwilę przed wyruszeniem w samotny rejs dookoła świata kpt. Bartek Czarciński. W sobotę, 4 czerwca, pochodzący z Kalisza żeglarz na jachcie „Perła” rozpoczął wyprawę, która ma potrwać 350 dni.

W przystani „Delphia” w Górkach Zachodnich, Bartek podziękował rodzinie za wsparcie. Dziękował też wszystkim, którzy byli bezpośrednio zaangażowani w przygotowania do rejsu. Nie zabrakło słów wdzięczności dla innych doświadczonych żeglarzy wspierających 29-letniego kapitana poradami przydatnymi przy budowie „Perły” i tymi, które z pewnością przydadzą się podczas samotnej żeglugi.

Na kei żegnało śmiałka ok. 100 osób, a na wodzie asystowało mu przy wyjściu z przystani kilkanaście jachtów. „Perła” nie ma silnika, jacht będzie płynął wyłącznie dzięki sile wiatru. Jego budowa trwała sześć lat. To lekka, nieskomplikowana w obsłudze jednostka z kompozytu, żywicy poliestrowej i tkanin szklanych. Czarciński będzie kontaktował się ze światem zewnętrznym drogą satelitarną i poprzez internet.

Ideą rejsu jest podążanie śladami Henryka Jaskuły, pierwszego Polaka i trzeciego w historii żeglarza, który samotnie okrążył glob w latach 1979-80 na jachcie „Dar Przemyśla”.

Strona rejsu

ŹRÓDŁO:  żeglarski.info

KAPITAN (?) MICHAŁ I.

KAPITAN(?) MICHAŁ I
„Dobry żeglarz, to nie ktoś wyszkolony technicznie i teoretycznie. Dobry żeglarz to ktoś, kto jest świadomy wartości, etykiety i kultury żeglarskiej, dobry żeglarz to żeglarz pokorny, bo świadomej potęgi wiatru i wody, w końcu to żeglarz otwarty na nowych ludzi, doświadczenia, wyzwania, bo żeglarstwo to, oprócz pasji i przygody, odkrywanie i praca nad własnymi słabościami”
Dla nas to nie są puste słowa, szczególnie weryfikowane przez rzeczywistość…, kiedy spotykamy na swojej drodze kapitana, który tych słów nie rozumie.
Główne przesłanie? Nie pływajcie z kapitanami, o których nikt wam nie jest w stanie nic powiedzieć.
My popłynęliśmy na s/y „Jagiellonia” po Morzu Śródziemnym w ostatnim tygodniu maja 2016, pomimo tego, że o Michale I. (z Wrocławia) praktycznie żadnych informacji nie znaleźliśmy, a dotyczących żeglarskich doświadczeń- nic.
Michał I. był kapitanem podczas rejsu na s/y Jagiellonia na Morzu Śródziemnym, który nie zapoznał się z umiejętnościami czy doświadczeniem żeglarskim załogi, który nie wyznaczył oficerów wacht. Kapitan, który nie zrefował żagli (fok, grot, bezan) przy wietrze 6B i przybierającym na sile. Kapitan, który podczas czterogodzinnej nocnej wachty ani razu nie pojawił się na pokładzie. Skutkiem niepodjęcia decyzji o refowaniu żagli, był rozdarty fok, niekontrolowany zwrot i pęknięta szekla od talii grota. Dla Michała I. był to powód wywołania pozostałej części załogi (sześć osób) na pokład, krzycząc i wprowadzając element paniki.
Bez najmniejszego stresu jedynie dwie dodatkowe osoby na pokładzie ściągnęły porwanego foka, i wymieniły uszkodzoną szeklę. Mimo to decyzją kapitana dalej szliśmy na silniku. Okazało się jednak, że płynąc na silniku, pod falę, przy zafalowaniu 3-4 metry, do zęzy dostaje się woda… Michał I. zachował się tak, jakby był w panice, krzyki, że sytuacja poważna, że nie wiadomo, co się dzieje, ze wszyscy na pokład, że szelki itd. Decyzją kapitana wyłączyliśmy silnik, stanęliśmy w dryf bez żadnych żagli i Michał I. „wcisnął distress”, przekazał informację do SAR’u, że nabieramy wody szybciej niż wypompowujemy. Byliśmy zdziwieni, ponieważ wody nie przybywało jakoś zauważalnie, wciąż nie była widoczna nad gretingami. Żagle sprawne, silnik sprawny, jedyne, co dolegało jachtowi to rozładowane akumulatory i zepsuty alternator – czyli brak prądu, co skutkowało brakiem świateł nawigacyjnych. Michał I. nie wydał załodze żadnych rozkazów poza zrzuceniem żagli, nikt nie otrzymał rozkazu odszukania miejsca ewentualnego przecieku jachtu. W tej sytuacji Kapitan uznał za uzasadnione użycie „distress”. Uznał również za uzasadnione wystrzelenie dwóch flar za rufą kontenerowca, który nas minął. Uznał również za stosowne pójście spać do kajuty, czując się zmęczonym, wachcie natomiast kazał oczekiwać na jednostkę SAR.
Nie uznał za stosowne zapoznanie się ze stanem jachtu, nie uznał za stosowne powiadomienie załogi o dalszych krokach, nie uznał za stosowne nasłuchiwanie przy radiu (spał zamknięty w kajucie), nie uznał za stosowne powiadomienie SAR’u, ze nie potrzebujemy dodatkowej pompy spalinowej, ponieważ nie nabieramy wody w takim tempie by była niezbędna, nie uznał za stosowne rozpoczęcie ręcznego wypompowywania wody z zęzy, nie uznał za stosowne wyjść na pokład w momencie, kiedy przyleciał rescue helikopter by podać nam pompę na pokład.
O ile dla nas ta sytuacja była po prostu absurdalna, aż strach pomyśleć, że gdyby w tym czasie ktoś inny naprawdę potrzebował pomocy, helikopter był zajęty niepotrzebną misją, a łódź SAR’u płynęła kilka godzin by pomóc jachtowi, któremu nic nie dolegało i nadawał się do samodzielnej żeglugi, kontenerowiec Isodora asystował nam kilka godzin, pilnując byśmy nie zatonęli. Wodę wypompowaliśmy dopiero w Santa Eulalia, dokąd SAR zaciągnął jacht po dziesięciu godzinach od wezwania, przez cały ten czas jedynie przy przechyle woda wydostawała się ponad greting. Cała ta niepotrzebna akcja została wyceniona przez SAR na kwotę 5,5 tys. euro, którą zostanie obciążony armator.
Michał I. również nie potrafi wyciągać jakichkolwiek wniosków z doświadczeń, które przeżył. Kilka dni po przygodzie z SAR, w czasie nocnego przelotu Palma de Mallorca– Barcelona ponownie trafił się nam silniejszy wiatr (5-6 przy szkwałach 7). Michał I. jak poprzednio przy dość dużym zafalowaniu postanowił uruchomić silnik i przy całej naprzód płynąć pod falę, obawiając się żeglowania pod żaglami. Decyzja ta doprowadziła do przegrzania silnika i zagotowania wody w układzie chłodzenia.
Pełni obrazu Michała I. jako kapitana dopełniają fakty kilkukrotnego nieumiejętnego odejścia od kei, po oddaniu wszystkich cum po prostu odpływał na pełnych obrotach silnika, rysując rufę czy burtę, brak przemyśleń na temat możliwości wykorzystania cum, szpringów i odbijaczy, brak rozdzielenia zadań załodze przy manewrze odejścia. Nieumiejętnego wiązania najprostszych węzłów, czy klarowania żagla. Nawigowanie jachtem i wyznaczanie kursu w oparciu o mapy i GPS w telefonie komórkowym, co skutkowało przepływaniem niebezpiecznie blisko skał, czy lądu. Rozkręcanie obrotów silnika do powodujących jego przegrzanie się, brak podejmowania jakichkolwiek decyzji dotyczących ożaglowania- refowanie, stawianie i ściągnie żagli, w pewnym momencie należało już do widzimisię załogi. Widoczny strach i nieobycie podczas pracy przy żaglach w nocy. Przywoływanie gwizdaniem „marinero” w marinach. Roszczeniowa postawa na każdym kroku, nie tylko w stosunku do załogi, większe zainteresowanie grą „Angry Birds” niż tym, co się dzieje na pokładzie…. itd.
To wszystko i wiele więcej popchnęło nas do napisania tego tekstu, aby przestrzec innych żeglarzy przed pływaniem z nikomu nieznanymi kapitanami, uważajcie- mogą się okazać mniej doświadczeni od was, i niekompetentni. Naszym celem również jest ostrzec przed Michałem I.
My na pewno z Michałem I. więcej nie popłyniemy w rejs.

Marta Karoń, Łukasz Stocki
Autor zdjęć: Marta Karoń